Gray Man – recenzja – ponieważ 007 było już zajęte


Gray Man to najnowszy film, który od niedawna możemy oglądać na platformie Netflix. Czy obsadzenie w rolach głównych najgłośniejszych nazwisk Hollywood wystarczy, by zrobić dobry film? Zapraszam do recenzji.

Z dużą rezerwą podchodzę do nowości, które pojawiają się na Netflixie. Okazuje się, że zatrudnienie popularnych aktorów nie wystarczy, aby zrobić dobry film – tutaj jako przykład muszę podać Pajęczą Głowę z Chrisem Hemsworthem oraz Milesem Tellerem w rolach głównych. Moja opinia o filmie jest na prawdę niska i uważam, że sam film zrobiony został wyłącznie po to, by dać pierwszemu z wymienionych aktorów lukratywny czek, bo Spiderhead nie ma w sobie żadnej wartości. Oczekiwania co do Gray Man’a miałam mierne, jednak sam film dość pozytywnie mnie zaskoczył. Absolutnie nie jest produkcją prestiżową i nie stanie się klasykiem kinematografii, aczkolwiek można spędzić przy nim całkiem przyjemne dwie godziny –  dla zabicia czasu. Nie oczekujcie jednak wielkich fajerwerków i ambitnego kina.


Jak napomknęłam we wstępie, w rolach głównych zobaczymy dwa topowe nazwiska Hollywood – w postać tytułowego Gray Mana, agenta Sześć wcieli się Ryan Gosling a jego największego przeciwnika zagra Chris Evans . Pierwszy z panów to agent CIA, supertajnej jednostki Sierra, któremu przypisano szósty numer. Dowiadujemy się, że Sierra Six jest byłym skazańcem zwerbowanym do pracy przez Donalda Fitzroya, który w przyszłości stanie mu się bardziej ojcem, niż przełożonym. Akcja rozgrywa się blisko dwie dekady po tym, jak szóstka zostaje przyjęty do CIA. Obecnie jest na misji w Bangkoku, podczas której musi wyeliminować cel, zanim dobije transakcji. Wszystko idzie nie tak, dochodzi do ogromnego zamieszania, rozlewu krwi i (prawie) ujawnienia misji przed całym światem. Dochodzi do walki, z której zwycięsko wychodzi nasz główny bohater. Nie wszystko kończy się szczęśliwie, gdyż okazuje się, że „cel misji” to agent Sierra Cztery, który posiada informacje oczerniające osobę zlecającą misję. Okazuje się, że Czwórka nie posiadała informacji zagrażających państwu, a dowody oczerniające przełożonego. W posiadanie cennego pendrive wchodzi Gray Man.

Od tej pory wie, że jest najbardziej poszukiwaną osobą na świecie a informacje, które posiada są na wagę złota. Wysyła je więc pocztą, na jeszcze nieznany nam adres. Do pogoni za Szóstką wyznaczony zostaje były agent CIA, który w agencji zabawił niecałe pół roku. Został wyrzucony za swoje psychopatyczne zdolności zdobywania informacji i od tej pory działa w sektorze prywatnym. Jak sam uważa, daje większe możliwości popisu, gdyż nie jest ograniczony zasadami. Do poszukiwania Sierry Six po całej Europie wykorzystuje szerokie zasoby – kilka oddziałów specjalnych, samotnych wilków, stosuje tortury a na samym początku porywa nastoletnią siostrzenicę Fitzroya, chorą na serce. Obsadzenie Chrisa Evansa w roli anty-bohatera to ciekawe posunięcie. Kojarzy mi się bardziej jako osoba grzeczna – to głównie przez ułożoną postać Kapitana Ameryki, ale miło było zobaczyć jak realizuje się w roli „tego złego”. Lloyda Hansena znielubicie już na samym początku znajomości. Wydaje mi się, że Evans z chęcią przyjął rolę kompletnie inną niż ta, która przyniosła mu sławę. Czarny charakter w jego wykonaniu jest na prawdę dobry.

Film porusza kilka wątków, oprócz głównego, będącego gonitwą za Sierra Six poznamy też przeszłość Szóstki, jego relację z ojcem oraz rodzinne wspomnienia z Fitzroyem i jego siostrzenicą. Wraz z bohaterami przemierzymy pół Europy, odwiedzimy Chorwację, Czechy, Austrię, Niemcy. To Praga odniesie najsilniejsze obrażenia wynikające z wybuchu gazu w mieszkaniu, długaśnej strzelaniny w centrum miasta i ucieczki ostrzeliwanym tramwajem. Jako, że Gray Man jest sztampowym filmem akcji zobaczymy wiele wybuchów, latających samochodów i wszystkich cringe’owych elementów kinematografii. Niektóre sceny zostały wymyślone w skrajnie głupi sposób i nie pozostało nic, tylko się z nich śmiać. Ile osób potrzeba aby zastrzelić osobę przykutą do ławki? Okazuje się, że kilka różnych oddziałów „specjalnych”. Poza tym, GRAY MAN – człowiek duch, człowiek w teorii niezauważalny, paraduje sobie transportem publicznym, często jest pobity i zakrwawiony a na dodatek nosi dres w czerwone paski.  Da się bardziej rzucić w oczy?



Gray Man to prosty film akcji, który widocznie czerpał inspiracje z innych znanych filmów tego rodzaju – Johna Wicka, Jamesa Bonda czy serii z Bournem, Problem jest jednak taki, że w tym przypadku całość wypadła jak nędzna karykatura. Dialogi, mimo że momentami nawet całkiem śmieszne, są w większości jak zlepek nieoryginalnych teksów z powyższych filmów. To samo dotyczy efektów specjalnych – wszystko już gdzieś widzieliśmy, przedobrzenie z CGI też nie wychodzi na korzyść. Ta produkcja to jeden, wielki średniak kosztujący 200 milionów dolarów. Jak na taki budżet, wypadałoby rozwinąć i dopracować scenariusz, dopracować kwestie oryginalne a mniej uwagi poświecić tym odgrzewanym kotletom. Właśnie! Za reżyserię filmu odpowiadają bracia Russo odpowiedzialni między innymi za Kapitana Amerykę czy Avengersów. Wiemy więc, że są w pełni zdolni żeby zrobić dobry/ świetny film.

Co poszło nie tak? Film jest adaptacją książki, jednak nie mogę wypowiedzieć się na temat jak wiernie za nią podąża, ponieważ nie miałam okazji się z nią zapoznać. Wydaje mi się, że dużym faktorem odpowiedzialnym za wątpliwą jakość Gray Mana jest po prostu niedopracowany scenariusz. Od samego początku wiadomo było jak zakończy się film i przez dwie godziny NIC nas nie zaskoczyło. Wiadomo było kiedy bohater ucieknie, kiedy zaatakuje a kiedy odniesie porażkę. Wszelkie frazesy odnoszące się do filmu akcji zostały zastosowane – masa wybuchów, pościgów, ucieczek, strzelanin. Typowe, powtarzalne i nudne jak flaki z olejem… Dodajmy do tego nieskończoną ilość amunicji oraz osoby odporne na dźgnięcia nożem i mamy prymitywny film akcji. Całość okryta była także – jak zakładałam – jakimś wewnętrznym żartem odnośnie rozmiaru butów przeciwników Szóstki, ale nie wydaje mi się, że ta kwestia została wyjaśniona kiedykolwiek.

Gray Man miał okazję zostać niezłym filmem i pozytywnie rozpocząć franczyzę. Został jednak średniakiem, częściej negatywnie ocenianym przez widzów. To sztampowy film akcji, podczas którego możemy zagrać we frazesowe bingo! Całość jest jak obiad z zeszłego tygodnia – niedobre. Szkoda, bo perspektywy były dobre. Gray Man trwa dwie godziny – jeśli bardzo się nudzicie, możecie sami się z nim zapoznać. Ogromnej tragedii nie widzę, jednak jest to film bardzo mierny.

 

Poprzednio San Francisco - recenzja - drapacz chmur ukończony tylko w połowie.
Następny Pierścień Obronny - Starship Troopers: Terran Command - Misja #16