High on Life – Recenzja – Na początku było śmiesznie


High on Life to gra, która podsumowuje pewne stare przysłowie – co za dużo, to niezdrowo. Na początku było nawet ciekawie, jednak po pewnym czasie, gra stawała się coraz bardziej męcząca. A przecież jest ona także bardzo krótka i całe przejście zajmuje maksymalnie 12 godzin.

I mowa tutaj o rozgrywce na średnim poziomie trudności przy dokładnym przeszukiwaniu map, których są w grze trzy – jedna mniejsza, będąca czymś w rodzaju naszej bazy wypadowej oraz dwie większe. Tak czy inaczej, High on Life finalnie nie był tym czego się spodziewałem i szczerze mówiąc, nawet do końca nie wiem skąd to rozczarowanie. Ale od początku. High on Life to pierwszoosobowa strzelanka, w której wcielamy się w ocalałego ziemianina, przedstawiciela homo sapiens, którego to planeta została podbita przez obcych najeźdźców z międzygalaktycznego kartelu narkotykowego. Organizacja ta podbija różne planety i wykorzystuje jej zasoby do swoich celów – w tym przypadku ludzie posłużą jako narkotyk, a nasz bohater podejmie próbę walki z kartelem. Nie będzie w tym sam, gdyż szybko zaprzyjaźnia się z Kennym – przedstawicielem innego gatunku zwanego gatlianami. Ci także zostali podbici przez kartelu i są wykorzystywani przez nich jako broń. No właśnie, bo musicie wiedzieć, że każdy z Galiantów jest bronią. Fabuła w High on Life jest okej, mam problem jedynie z jej przedstawieniem. Za całość odpowiadają między innymi twórcy Ricka i Mortiego i gra jest przesiąknięta humorem znanym z kultowej kreskówki dla dorosłych. Na początku było naprawdę fajnie słuchać tych wszystkich żartów, jednak po pewnym czasie byłem nimi zmęczony – ile razy można słuchać o robieniu kupy i bekaniu? Powtarzanie ciągle tego samego żartu stawało się coraz bardziej męczące, a pierdząca broń będąca naszym granatnikiem wcale w tym nie pomagała. Może robię się stary?

Dialogi są całkiem niezłe póki nie wałkujemy tego samego żartu parę razy.

Niezbyt szybko dołączą do nas kolejne bronie, które będą służyć za karabin, strzelbę czy też inny nóż oraz granatnik. Każda z tych broni ma jednak dodatkowe tryby oraz mody, które mogą zmienić ich działanie. Przykładowo karabin zachowuje się jak broń strzelająca igłami z serii Halo – nadmiar ich na wrogu spowoduje wybuch, a może to także robić na inne sposoby, przykładowo przeładowując broń jeżeli damy odpowiedni moduł. Fascynujące jest jednak to, że oprócz różnych trybów, każda z broni ma też inny charakter oraz coś innego do powiedzenia. Nasz bohater jest niemową, co chyba staje się powoli standardem, jednak nie ma tego złego, bo nasze narzędzia zniszczenia będą gadać za nas w wystarczającym stopniu. Niestety przez pierwsze godziny zabawy będziemy skazani na Kenniego, który jest pistoletem z funkcją granatu wyrzucającego wrogów w powietrze. Kenny jest bardzo sympatyczny i przyjacielski, a rozmawia jakby był żywą kopią Mortiego – zresztą ten sam aktor podkładał głos w obu produkcjach, więc nic dziwnego. Minie jednak sporo czas, nawet parę godzin, zanim znajdziemy pierwszą alternatywną broń i przez te chwile czeka nas zwykłe i żmudne, wynudzające strzelanie. Potem jednak karty się odwracają i rozwalanka robi się bardzo przyjemna – szybko uczymy się która broń nadaje się do czego i bez problemu zmieniamy je nawet w trakcie największej akcji. Doom Slayer to nie jest, ale i tak daje radę. Z drugiej strony mógłby być, bo gra na steamie kosztuje ponad 200 zł, czyli jak za Dooma na premierę. Całe szczęście, że High on Life jest dostępne też w #PCGamePass.


Planeta pustynna. Myślicie, że można było to zrobić lepiej? Wiecie, ładniej niż w grze z 2011 roku?

Wtedy też poznamy świat gry, który został oczywiście zaprojektowany w ten sam frustrujący sposób, który jest dzisiaj modny w dużych produkcjach jak God of War: Ragnarok czy inny Horizon: Forbidden West. Mamy więc otwarty świat, który jest przed nami zamknięty za ściankami do wspinania, przepaściami nie do przebycia i innymi takimi elementami. Dokładnie tak, metroidvania która pasuje do otwartych światów jak pięść do nosa, ale chyba nikomu oprócz mnie to nie przeszkadza. W sensie chyba wszyscy lubią zwiedzać otwarte światy i ciągle trafiać na zamknięte przejścia dostępne dopiero pod koniec gry (czyli w tym przypadku po 8 godzinach zabawy). Pewnie gdyby nie to, całość High on Life zamknęłaby się w 5 godzin. Warto jednak zaznaczyć, że kiedy już odkryjemy wszystkie bronie i buty pozwalające nam chodzić po ścianach, to świat stanie przed nami otworem i znajdziemy naprawdę wiele fajnych sekretów i ciekawie ukrytych miejsc. Co ciekawe, gra zawiera jedynie dwie mapy które mają większe znaczenie i te, zmieniają się w trakcie naszej zabawy. Przykładowo – w pewnym momencie będziemy mogli przywoływać różne obiekty i w celach przećwiczenia mechaniki przywołamy autostradę, która stanie się dla nas mostem. Po pewnym czasie jednak, z krzyczących na siebie kierowców stworzy się lokalna społeczność i kult, który zaprosi nas do wspólnego kontemplowania nowej wiary przy ognisku. Świat High on Life jest najmocniejszym elementem gry i przesiąknięte czarnym humorem wydarzenia tylko dają więcej więcej frajdy z szukania sekretów. Tym bardziej jednak denerwuje to, że tak wiele jest przed nami zamknięte podczas pierwszych eksploracji danych miejsc.

Skrzynka zamknięta za wiatrakiem, w środku 500 monet,

Pod względem technicznym, High on Life zadaje nam nurtujące pytanie. Dlaczego ta gra kosztuje ponad 200 zł? Jak mówiłem, całe szczęście jest dostępna za darmo w game passie, jednak gdybym miał za nią wydać takie pieniądze, to byłbym wkurzony. Po pierwsze, High on Life nie wygląda zbyt atrakcyjnie. Świat gry ma swój pastelowy nastrój oraz interesującą kolorystykę, ale nic po za tym. High on Life ma wiele błędów oraz jest słabo zoptymalizowany i nie lubi trzymać wysokich klatek nawet na dobrym sprzęcie. Do tego gra posiada okropny soundtrack, który był tak żmudny i słaby, że nawet przy intensywnym strzelaniu bardzo chciało mi się spać. Największą siłą High on Life są jednak dialogi i jeżeli nie znacie angielskiego w bardzo dobrym stopniu, to nie siadajcie do tej gry. Gra jest przesiąknięta gagami oraz dialogami i nie posiada języka polskiego. Teoretycznie nie musimy wiedzieć, o czym mówią do nas bohaterowie bo przejść grę, bo zawsze mamy znaczniki który pokazuje dokąd iść, ale jeżeli nie będziemy czerpać przyjemności z dialogów, to właściwie zostaje nam sama rozgrywka, która jest dosyć średnia.

Jednym z fajniejszych szczegółów są snajperzy podnoszący ręce jak podejdziemy blisko. Oczywiście jak odejdziemy to znowu do nas strzelają.

High on Life to gra, która próbuje być bardzo śmieszna ciągle w ten sam sposób. O ile odkrywanie sekretów i smaczków daje naprawdę wielką frajdę, a samo strzelanie w drugiej połowie gry, kiedy uzyskamy większy arsenał jest okej, to główny wyznacznik wyjątkowości High on Life, czyli bohaterowie oraz dialogi w pewnym momencie stają się męczące. Miałem wrażenie, że przez większość gry słyszałem te same teksty o romansach siostry bohatera, o wykorzystującym nas najemniku czy też puszczanie bąków w różnych sytuacjach i przy różnym natężeniu. Fajnie było to wszystko usłyszeć po raz pierwszy, ale za piątym razem pierdzący muzyk był bardziej irytujący niż zabawny.

Podsumowanie

High on life to ciekawy pomysł na grę, który rozjeżdża się w wielu momentach. Można zagrać, jak macie za darmo w game passie, w innym wypadku szkoda na nią czasu.
Ocena Końcowa 6.0
Pros
- Świetny pomysł, interesujące bronie
- Zróżnicowane zadania
- Wciągające strzelanie kiedy odblokujemy więcej broni
- Sporo sekretów i smaczków do odkrycia
- Ciekawy do odkrywania świat gry
Cons
- Słaba optymalizacja i brzydka grafika
- Żarty w pewnym momencie zaczynają się powtarzać i krążyć wokół tego samego
- Żmudny, usypiający soundtrack
- Bardzo słaby początek gry
- Brak języka polskiego

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Poprzednio Nadchodzące filmy i seriale na podstawie gier
Następny Winnie the Pooh: Blood and Honey - Kubuś Puchatek dla dorosłych