House of the Dragon / Ród Smoka – recenzja serialu


Doczekaliśmy finałowego odcinka House of the Dragon. Serial rozkręcał się powoli, jednak z tygodnia na tydzień gwarantował coraz większe emocje. Takie seriale jak ten, chce się oglądać.

Serial Ród Smoka miał swoją premierę na platformie HBO MAX przed dziesięcioma tygodniami. Od tamtej pory bacznie śledziliśmy każdy odcinek tej produkcji i poznawaliśmy dość wyboistą historię Domu Targaryenów, rodzinne zawiłości oraz wszelkie niesnaski związane z sukcesją żelaznego tronu. Wojnę było czuć od samego początku a cały pierwszy sezon House of the Dragon pokazał nam wyłącznie drogę do Tańca Smoków. Na pełnoprawną walkę będziemy musieli jednak poczekać do kolejnego sezonu. Najśmieszniejsze w Tańcu Smoków jest to, że w dużej mierze wynikał on z małego nieporozumienia, błędnej interpretacji i przedśmiertnego majaczenia. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, wybuchłam śmiechem.


House of the Dragon

O House of the Dragon można powiedzieć dwojako. Z jednej strony dzieje się mało, mijają lata i dni bez znaczących wydarzeń. Akcja nie jest porywająca, gwałtowna. Rzeczy się po prostu… dzieją. Ktoś powie coś tutaj, ktoś coś powie tam… Wydaje się trochę nudnawo. Z drugiej strony, dzięki tej stateczności możemy dobrze poznać bohaterów, zrozumieć historię rodu Targaryen i nawet dalsze wydarzenia w Grze o Tron, bowiem akcja Rodu Smoka rozpoczyna się około 200 lat przed wydarzeniami GoT oraz, jak zapowiedziano na wstępie do pierwszego odcinka, 172 lata przed narodzinami Daenerys Targaryen. Fajnie jest przypominać sobie nawet nazwiska kojarzone z GoT i zastanawiać się kto jest czyim dziadkiem/ojcem. Dziwnie byłoby wkroczyć od razu na pole bitwy, nie wiedząc właściwie dlaczego giną setki ludzi. Akcja, mimo że powolna, potrafiła zapewnić masę emocji.

House of the Dragon

Akcja, mimo że powolna, potrafiła zapewnić masę emocji. Na każdym kroku czuć było intrygę i spisek. Napięcie rosło i rosło i wkrótce sam widz włączony jest w rolę największego konspiratora, zastanawia się kogo by tutaj wysiudać. Wkrótce wychodzi na jaw, że każdy z bohaterów próbował ugrać swój interes życia. Prawie każdy, bo w samym środku wydarzeń siedział Król Viserys I, kompletnie obojętny na wszystko i skupiony głównie na składaniu makiety w swojej komnacie. Wszelkie problemy zaczęły się od momentu, w którym Król naznaczył swoją córkę na następczynię tronu. Było to wówczas niecodzienne zachowanie a kobieta na żelaznym tronie wywoływała niemałe oburzenie. Viserysa nie przejmowała także wojna na Stopniach, początkowe odklejki Daemona, czy fakt, że jego namiestnik robi go w bambuko. Ignorancja Króla momentami doprowadzała do szału, a momentami zwyczajnie można było się zastanawiać, czy to nie zwyczajna gra.

Serial zaliczył kilka skoków w czasie, dzięki czemu w roli księżniczki i królowej  mogliśmy oglądać dwie aktorki. Wydaje mi się, że to był strzał w dziesiątkę. Zobaczyliśmy jak z młodych, trochę naiwnych dziewcząt, obydwie stały się potężnymi kobietami, świadomymi swojej pozycji. Zarówno Rhaenyra, jaki Alicent Hightower musiały odnaleźć się w trudnej pozycji, w której obydwie się znalazły a ich dawna przyjaźń nie stanęła na drodze do walki o swoje rodziny. Obydwie kobiety otwarcie wystąpiły przeciwko sobie, doszło nawet do krwawego ataku. Tak właśnie powinno tworzyć się silne, kobiece postacie. W tym przypadku wyszło to naturalnie i ja to kupiłam.



Bardzo podobała mi się także kreacja Rhaenys Targaryen, żony lorda Corlysa Velaryona, Smoka Morskiego i władcy Driftmarku. Kobieta przed laty została dotknięta prawem sukcesji i przegrała walkę o władzę ze swoim kuzynem, Viserysem, mimo że prawa do tronu należały się jej bardziej niż mężczyźnie. Rhaenys zawsze wiedziała jak się zachować, co zrobić i czego nie powiedzieć. Wiedziała jak zagrać, aby wyszło na jej korzyść. A kiedy przyszło do opowiedzenia się za stroną nowego króla, bądź nowej królowej, bezczelnie i z podniesioną głową zaczekała na konsultację ze swoim małżonkiem. Nie możemy też zapomnieć o najbardziej badassowym momencie serialu, kiedy na swoim smoku bezczelnie przerwała koronacją Aegona i postraszyła rodzinę królewską. Fakt, że nie spaliła zebranych żywcem świadczył też o ogromnej rozwadze kobiety. Wiedziała dokładnie, że nie w jej miejscu leży decyzja o wywołaniu wojny.

House of the Dragon

Zdecydowanie najlepszą postacią House of the Dragon mogę uznać Daemona Targaryena, zagranego przez Matta Smith’a. I fakt, na samym początku trudno było go polubić. Od samego początku wykazywał się wątpliwą moralnością i dość marnym charakterem. Z biegiem czasu nic się właściwie nie zmieniło w jego osobowości, ale serial został poprowadzony tak, że łatwo było wybrać ulubioną stronę konfliktu. Przez swoje małżeństwo z Rhaenyrą, chcąc nie chcąc, stanął po stronie „dobrej”.  Tym samym, wszelkie okropne rzeczy, które bohater robił i mówił stały się nawet śmieszne i zaczęły podobać się coraz bardziej. Prawdą jest, że nawet scenarzystka zdziwiona była, że widzowie lubią Daemona.

House of the Dragon

Tylko magia telewizji sprawiła, że widzowie pokochali tę postać. Po ostatnim odcinku nawet chwilę dyskutowałam na ten temat z mężem i nie mogliśmy znaleźć sensowej odpowiedzi. Daemon Targaryen od samego początku by ł dupkiem, ale z odcinka na odcinek coraz bardziej lubiło się tego dupka. Ścięcie głowy Vaemondowi Velaryonowi mogło zapoczątkować fascynację tą postacią. Potem poszło z górki, przynajmniej dopóki nie zaatakował swojej małżonki. Ostatecznie jednak wszelkie decyzje Daemona odnośnie wojny znalazły u mnie poparcie. Polecieć niewyszkolonymi smokami na Królewską Przystań? Popieram! Osobiste pertraktacje z przedstawicielami innych rodów? Oprócz nas, tylko ostrze jego miecza nie mogło się ich doczekać się tych rozmów.

House of the Dragon



Ród Smoka to serial, który przerósł moje oczekiwania. Z perspektywy czasu nawet przestała przeszkadzać mi ta powolność i momentami bezsensowne krwawe sceny. Te faktycznie wydawały się czasem wymuszone i nawet zbędne, jednak całość ma zdecydowanie więcej plusów, niż minusów. Bardzo żałuję, że w kolejny poniedziałek nie będę mogła zasiąść przed telewizorem na tradycyjny już seans. House of the Dragon potrafi na prawdę wciągnąć – chce się więcej i więcej. Było mi realnie przykro po finalnych napisach końcowych i wydaje mi się, że to mówi już wiele. Uwielbiam klimat, jaki został stworzony w serialu. Ba, nawet rozpoczęłam naukę języka High Valyrian. Ród Smoka warto obejrzeć. To z pewnością jeden z lepszych seriali ostatnich lat.

 

 

Każdy odcinek House of the Dragon można znaleźć pod tagiem Ród Smoka.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Poprzednio Flamecraft - recenzja - szczęśliwe smoki na zakupach.
Następny LoL Championship: jakie wyniki mamy do tej pory