Matrix Zmartwychwstania – recenzja – czwarty Matrix zaskakuje



Matrix Zmartwychwstania wreszcie zadebiutował na ekranach kin. Po wieloletnich oczekiwaniach ponownie możemy oglądać na ekranie Neo i jego towarzyszy. Czy film utrzymał poziom swoich poprzedników, czy może jednak podchodzić do tej nowości z rezerwą?

Siostry Wachowskie pierwotnie zarzekały się, że kolejnego Matrixa nie będzie. Ostatecznie jedna, po wielu latach, Lana zdecydowała się stanąć w butach reżysera kultowej serii. Na drodze do sukcesu stanęła także pandemia, i już po miesiącu nagrywań, należało je wstrzymać. Rozmawiano wówczas o pozostawieniu filmu jako niezakończony, jednak obsadzie udało się namówić Lanę i tak właśnie powstał Matrix Zmartwychwstania. Wiadomo, że oczekiwania były ogromne, nadzieje na kolejny sukces wyżerały dziurę w brzuchu każdemu fanowi serii. Jak wyszło?

Recenzja będzie zawierała spoilery fabularne.

Matrix Zmartwychwstania

Od czasu, kiedy Neo poświęcił swoje życie minęło 60 lat. Został naprawiony przez roboty i umieszczony w innej wersji Matrixa – takiej, która kontroluje jego wspomnienia. Thomas Anderson pracuje jako deweloper gier wideo. Dzięki modyfikacjom, które wprowadziły u niego maszyny, mimo upływu ponad połowy wieku, fizycznie postarzał się jedynie o dwadzieścia lat. Jako twórca gier ogromny sukces odniósł dzięki serii gier Matrix, które jak się okazuje oparte zostały na jego wspomnieniach. W praktyce Neo, jako Thomas – developer, tworzy kolejne programy Marixa i umieszcza je w grach. W zasadzie na samym początku idealnie rozmyto granice pomiędzy rzeczywistościami, ciężko było połapać się co jest czym, co jest prawdziwe. Genialnie została pokazana też psychika Thomasa, próba zadbania o zdrowie psychiczne i droga do utrzymania stabilności umysłowej. Przeżycia Thomasa, które towarzyszyły mu, zwłaszcza po otrzymaniu informacji o kolejnej grze Matrixa, pokazane były w bardzo szczery sposób, dostały wartość uniwersalną i spora część osób może się z nim identyfikować na swój sposób. Dawno nie widziałam innego filmu, w którym uczucia postaci pokazane były w tak niezwykle życiowy sposób.

Matrix Zmartwychwstania

Kapitan Bugs oraz jej ekipa wyciągają Neo z Matrixa, zanim jego biznesowy partner – Smith – wymazał modal: program, który  oparty jest na pierwotnym kodzie i uruchamia go w pętli. Smith okazał się być w rzeczywistości tym Smithem, o którym myślicie. Tutaj ogromny minus bo nie wiem czy chociaż raz zwrócił się do Neo per Mister Anderson… Może raz… Większość czasu (albo cały czas) używał po prostu jego imienia. Zabrakło tak kultowej sceny, mimo że warunki do przywrócenia tak ikonicznego tekstu nadarzyły się kilkukrotnie.



Neo budzi się wśród znajomych kapsuł, lecz szybko zostaje przetransportowany przez ekipę Bugs do IO, gdzie po wielu latach spotyka podstarzałą NIOBE. Dla osób wspominających poprzednie filmy będzie to mała radość, gdyż w tej roli ponownie pojawiła się znana Jada Pinkett Smith. Tutaj spotyka nas kolejne fabularne zaskoczenie, gdyż kobieta wyjawia Neo, iż od jego pamiętnego poświęcenia minęło sześćdziesiąt lat, ludzie żyją teraz w przyjaźni z robotami, nawet współpracują z nimi przy tworzeniu truskawek. W tyle głowy Neo pamięta jednak, że w drugiej komorze znajdowała się Trinity. Wbrew Niobe, razem z jej załogą, wyruszają na misję ratunkową, która może zagrozić całemu ogromnemu miastu. Trochę to było infantylne: narażenie całego społeczeństwa, by wyrwać jedną osobę z programu. Słabej jakości love story?

Zmartwychwstania to zmartwychwstania – liczba mnoga została użyta, wspominka o spoilerach była: wiadomo, że udało się wyrwać parę zakochanych z Matrixa. Nie obyło się bez problemów, kilku bijatyk, „ostatecznych” decyzji, ale się udało. Neo i Trinity ponownie mogą cieszyć się swoim towarzystwem. Trochę oklepane. Wielka historia miłosna, w której nikt nie zawahał się by poświęcić cały – ledwo odbudowany – naród, który żyje ponownie w spokoju. Ba! Nawet rozwija się technologicznie w skali, której nie sposób pojąć.

Pierwszorzędnie zrobione zostały efekty specjalne, wizualnie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Sceny walk, latania, używania mocy, wszelkiego rodzaju maszyny i urządzenia były stworzone absolutnie idealnie. Tylko gdyby nie debilny wybuch po dotyku Neo i Trinity… to odrzuciło nas na maksa, było okrutnie śmieszne i nazbyt patetyczne. Z kolei Morfeusz (nie sama postać, jej charakter bo to ogromne rozczarowanie dla serii) skonstruowany został w niezwykle misterny sposób. Nie pamiętam nazw technicznych, chybaNANOczegoś, ale z mojej perspektywy fizycznie postać ta składała się z tysięcy mikrokulek, które pracowały z każdym ruchem, nawet każdym drganiem mięśnia. Pięknie wyglądało to kiedy przeskakiwał nad obiektami, kiedy minimalizował swoją postać do zwykłych kulek, by za chwilę ponownie się zmaterializować. Jestem pod wielkim wrażeniem dokładności z jaką ta postać została wykreowana. Matrix Zmartwychwstania to czysta perfekcja pod względem wizualnym.

Dwie postacie zasługują wg mnie na szczególne wspomnienie. Pierwszą z nich jest Neil Patrick Harris, który wciela się w postać Analityka – twórcę Matrixa, w którym przebywa obecnie Neo. Thomas korzysta z jego usług terapeuty, przyjmuje przepisane przez niego niebieskie tabletki, które mają pomóc z utrzymaniem kontaktu z rzeczywistością. Analityk ściśle współpracując z Thomasem aby dokładniej poznać znaczenie jego snów i i odróżnić je od „rzeczywistości”. W praktyce robi jednak wszystko, by Neo nie opuścił Matrixa. Sam Neil Patrick Harris idealnie wciela się w tę rolę. Wyżej wspomniałam o psychicznych przeżyciach Neo. Dużą rolę w tych scenach odegrał właśnie NPH, cały czas próbując przekonać Thomasa do utrzymania świadomości w ryzach i sam możesz uwierzyć, że na prawdę ma dobre intencje. W miarę rozwoju akcji wychodzi jego zły charakter, wszelkie intrygi wychodzą na jaw i NPH ponownie odnajduje się w roli antybohatera. Bardzo miło oglądało się go na ekranie i wg mnie był jedną z lepszych postaci w filmie.

Druga z nich jest Priyanka Chopra, która wcieliła się w Sati, którą pamiętamy jako dziewczynkę w metrze z Wojny Maszyn. Teraz jest dorosłą kobietą (w ogóle przecież to program komputerowy), która pomogła uwolnić Trinity z Matrixa. Wymyśliła i przedstawiła swój szalony i ekstremalnie trudny w wykonaniu plan, ale bił od niej po prostu spokój. Fajnie się ją oglądało na ekranie. Taki pozytywny element w trochę nudnawym świecie.

Keanu Reeves, jak to Keanu Reeves… spoko, ale bez szału…



Matrix był przełomowy – w pierwszej części. Najnowszy tytuł, Matrix Zmartwychwstania, jest filmem znośnym. To jednak za mało, by ucieszyć rzeszę fanów, która od dziesiątek lat czeka na kolejny epizod. Jest dobrze, mogło być znacznie, znacznie lepiej. Pod względem wizualnym nie mogę się do czegokolwiek przyczepić, pod względem fabuły wydaje mi się, że było zbyt infantylnie – zwłaszcza ku końcowi, kiedy niezwykła moc Trinity i Neo wydawała się być rozwiązaniem na wszelkie zło świata. Albo kiedy Neo postanowił poświęcić całe IO, cały naród, by uwolnić ukochaną osobę. Coś tu nie pasowało. Trochę to zbyt proste, zbyt oczywiste. Matrix 4 nie pozostawił mnie w głębokiej refleksji, nie pozostawił mnie nawet w niewielkiej refleksji, jak udawało się poprzednim częściom. Czwarty Matrix zaskakuje… trywialnością fabuły.

 

P.S. Jest scena po napisach 😉

Jeśli zastanawiacie się co obejrzeć w tym tygodniu, sprawdźcie: Co warto obejrzeć w weekend? Hity z Netflixa, HBO GO i Kina

1 komentarz

  1. Rdzysław Szczupęzło
    1 stycznia 2022
    Odpowiedz

    Dobrze napisana recenzja. Dokładniej i lepiej zrozumiałem fabułę, niż za pierwszym obejrzeniem filmu.

Zostaw komentarz

Poprzednio Co obejrzeć w Sylwestra i Nowy Rok? HBO GO, NETFLIX i kino
Następny Paleo - Recenzja - jak upolować smacznego mamuta ?