Pacific Rim Uprising – Recenzja – Potrzebna kontynuacja


Dużo wątpliwości miałem idąc do kina na film Pacific Rim Uprising. Zakończenie pierwszej części było dosyć szczelnie zamknięte i ciężko mi było wyobrazić kontynuację tego filmu. Trochę się obawiałem, że kolejna część cyklu Pacific Rim będzie bezsensownym dziełem niczym 989231 część Transformerów. A jednak wyszedłem z kina z uśmiechem na ustach. Dlaczego? Bo film był tak śmieszny, czy dlatego że spełnił moje jednak wygórowane oczekiwania? Czytajcie dalej.

Pacific Rim Uprising – sprytna kontynuacja

Dlaczego sprytna? Otóż, nagle okazało się że osoby biorące się za scenariusz poskładały różne wątki ze sobą i udało im się stworzyć naprawdę sensowną kontynuację. Oczywiście, o ile możemy doszukiwać się sensu w filmie, gdzie gigantyczne roboty walczą z równie wielkimi potworami. Nie ma co się oszukiwać, film nie będzie łechtać Waszej inteligencji i raczej pozwoli jej odpocząć na te dwie godziny. Akcja filmu rozkręca się powoli, stopniowo w przeciwieństwie do pierwszej części która zaczynała się od trzęsienia ziemi i potem znowu od zera budowano akcję i napięcie.

Tutaj raczej zaczynamy delikatnie, z drobną efekciarską ucieczką i wprowadzaniem do fabuły. Ma ona miejsce 10 lat po wydarzeniach z pierwszej części i syn jednego z głównych bohaterów, tego który poświęcił się by uratować ludzkość dostaje swoją drugą szansę na rehabilitację po tym jak przez błędy młodości został wydalony ze szkoły zajmującej się szkoleniem przyszłych pilotów Jaegerów. Czy uda mu się dogonić wzór którym był ojciec głównego bohatera?

Właściwie film daje spokój postaciom z pierwszej części (z wyjątkiem jednego z głównych bohaterów), wprowadzając nowe postacie. O to John Boyega wcielający się w głównego bohatera, daje sobie radę i swoją grą przyćmiewa inne postacie. Raczej nikt z innych aktorów nie wybija się na tle Boyegi. Znacie go zapewne z nowych nieudanych Gwiezdnych Wojen, gdzie dobrze zagrał niepotrzebną nikomu postać, w Pacific Rim również bardzo dobrze odgrywa postawione przed nim zadanie.

Film tym razem kończy się otwartym zakończeniem, więc prawdopodobnie możemy liczyć na kontynuację. Szkoda że start Pacific Rim Uprising był tak słaby w pierwszy weekend po premierze, ale z drugiej strony, nie wiem czego twórcy się spodziewali przy tak żałośnie małej reklamie. Porównując do wcześniej wspomnianych Gwiezdnych Wojen, kiedy Disney robi nowy film to reklamuje go w taki sposób, że Kylo Ren wyskakuje nawet z lodówki. Tutaj nie trafiłem nawet na głupią reklamę na Facebooku, a obserwuję stronę Pacific Rim. Niestety, ale w dniu premiery na sali kinowej było ledwie 5, może 10 osób.

Z drugiej jednak strony spóźniłem się na film ponad 20 minut, a mimo to trafiłem na jeszcze 10 minutowe pasmo nieszczęsnych reklam. Na ten temat napiszę zresztą oddzielny tekst.

Najładniejszy film akcji ostatnich lat?

Roboty i Kaiji wyglądają przecudownie, akcja mimo natłoku elementów na ekranie została posortowana w taki sposób, że nie mamy problemu z cieszenia się poszczególnymi momentami kolejnych scen. Problem o którym wspominam miały przecież transformery, gdzie coraz więcej bardziej wymyślnego żelastwa w kolejnych częściach zaśmiecały ekran w tak paskudny sposób że nie można było zrozumieć gdzie kończy i zaczyna się Optimus Prime w trakcie walki.

W Pacific Rim ten problem nie występuje, akcja stosownie spowalnia w momentach kiedy dzieje się dużo i możemy się nacieszyć naprawdę pięknymi szczegółami wykreowanych Jaegerów oraz ich adwersarzy. Bardzo cieszyły oko, z chęcią pójdę drugi raz do kina. Naprawdę ciężko mi wymienić ostatni z filmów akcji tego typu który został tak ładnie i szczegółowo zaprojektowany. Efekty specjalne, scenografia, nawet kostiumy bohaterów oraz kokpity robotów wyglądały cudownie. Ktoś wykonał tutaj fantastyczną robotę.

Czepiać się czy nie czepiać. Ale jest do czego?

Naprawdę ciężko znaleźć dla mnie wady tego filmu. Troszkę mnie irytowało to, że grupa nowych kadetów tak dobrze radzi sobie w otwartej walce i że wszyscy poprzedni piloci, szkoleni przecież przez 10 lat, tak szybko zginęli. Z drugiej jednak strony nowicjusze potrafili stawić czoło Kaiji najwyższych kategorii już przy pierwszej walce. Bez sensu? Ale doszukujemy się sensu w filmie gdzie roboty walczą z potworami. Ten film jest bez sensu. I co z tego skoro dobrze się na nim bawiłem?

Troszkę mnie też denerwowało tempo filmu i to że przez spory czas nic się nie działo oprócz rozmów między postaciami oraz wprowadzania kolejnych wątków istotnych dla fabuły. Z drugiej jednak strony, jakaś spójność musiała być. Można było ten problem rozwiązać inaczej, jednak twórcy obrali taką drogę i nie jest ona najgorsza.

Podsumowanie

Podsumowując jednym słowem – film jest głupi jak zdechły Kaiju. Podobnie zresztą jak wszystkie filmy z Avengers, Transformerami lub nawet nowe Gwiezdne Wojny. Fabularnie trzyma poziom, ale nie oszukujmy się. Idziecie do kina by cieszyć oko fantastyczną akcją i świetnie zaprojektowaną scenerią, a nie kontemplować piękno tego, jak gość gra na fortepianie prawda? Postacie, oprócz głównego bohatera są płaskie i niewykreowane do końca. Nie oszukujmy się, każdy bohater z krwi i kości nie będący Kaiju, został tam wrzucony jako pretekst do jeszcze większej rozwałki robotów. I to na tym skupia się film i robi to dobrze.

Previous Munchkin: Rick and Morty - Recenzja gry
Next Army Painter Warpaints Mega Paint Set - Czy warto kupić?