The Old Guard – recenzja ze spoilerami- najmnicy inni niż wszyscy


Sobota rano, pisze do mnie nasz szefu Adixxx, czy widziałam już film „The Old Guard” na Netflixie. Odpisuję, że jeszcze nie, ale wieczorem nadrobię zaległości. Odpalam, a tam coś, co wciągnęło mnie do tego stopnia, że dwie godziny zleciały jak chwila. Dlaczego? Już spieszę tłumaczyć.

Tło

Zacznijmy od tego, że film jest oparty o komiks, a samo to już każe mi się mu dokładnie przyjrzeć. Co prawda „The Old Guard, Book One: Opening Fire” nie czytałam, ale obił mi się o uszy i trafił na półkę „kiedyś to ogarnę”. Dzięki temu filmowi, wiem, że ogarnę to trochę szybciej niż kiedyś.

Fabuła

Film opowiada o grupie najemników, realizujących zadania, które ujęłabym jako „misje ratunkowe”. Pojawiają się zawsze, gdy ktoś jest w potrzebie. To co ich wyróżnia spośród innych, to niesamowite zdolności regeneracyjne. Główna bohaterka – Andy, grana przez Charlize Theron – wspomina nawet, że kiedyś czczono ją jako bóstwo z tego powodu. Dużo razy wspomina się, że są nieśmiertelni, ale z biegiem akcji dowiadujemy się, że nie do końca to jest prawda.

Bohaterów poznajemy, gdy były agent CIA, Copley (Chiwetel Ejiofor), werbuje ich do misji polegającej na odbiciu zakładników w Sudanie Południowym. Tam okazuje się, że zastawiono na nich pułapkę, za którą stoi właściciel koncernu farmaceutycznego Merrick (Harry Melling), pragnący wzbogacić się na ich sekrecie długowieczności.

W międzyczasie czwórka bohaterów ma wizje, świadczące o tym, że pojawił się kolejny „nieśmiertelny”. Chodzi tu o Nile Freeman (KiKi Layne), żołnierkę amerykańskiej armii odbywającej misję w Afganistanie, która dowiaduje się o swoich niezwykłych właściwościach, gdy próbując unieszkodliwić terrorystę, ten podrzyna jej gardło, a ona budzi się następnego dnia w szpitalu polowym bez śladu po ataku.

Andy odnajduje Nile i po dość hollywoodzkiej walce namawia ją do dołączenia do grupy, której skład omówię za chwilę. Od tej pory, wszyscy mają jedno zadanie: znaleźć Copleya i bardzo szybko zniknąć z oczu kogokolwiek.


BOHATEROWIE

Andy/Andromacha ze Scytii (Charlize Theron) – to ona jest szefem całej drużyny. Nie zdradza ile ma lat, być może sama nie pamięta. Jednak każdy, kto omawiał kiedyś mitologię grecką kojarzyć ją może jako żonę Hektora (tego z Iliady, zabił go Achilles). A to już poważna wskazówka do wyznaczenia wieku Andy. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonej długowiecznością. Jest kobietą, która wiele przeszła, jeszcze więcej widziała i podchodzi do spraw sceptycznie (nie mylić z pesymistycznie). Zwyczajnie niesie już taki bagaż doświadczeń, że zaczęła to kalkulować i chyba nie docenia swojej pracy. Jako że jest najstarsza, najbardziej doświadczona i ma chłodne myślenie – to ona rządzi w ekipie.

Nile Freeman (KiKi Layne) – funkcjonariuszka amerykańskiego wojska. Jak już wspomniałam, o swoich zdolnościach dowiaduje się w tracie misji w Afganistanie. Szybko zauważa, że jej „ozdrowienie” po poderżnięciu gardła nie jest normalne, przez co jest piętnowana przez pozostałych żołnierzy. Odnajduje ją Andy i mimo, że nie do końca się we wszystkim zgadzają, to są do siebie dość podobne. To jej Andy powierza misję „wchodzenia pierwszym”, gdy zabraknie już Andromachy.

Booker/Sebastian Le Livre (Matthias Schoenaerts) – wiemy o nim, że o swojej mocy dowiedział się podczas wojen napoleońskich. Z czasem dowiadujemy się, że miał rodzinę i dzieci, których nie pozostawił, co sprawiło, że najmłodszy syn, umierający na nowotwór w wieku 42 lat, miał ojcu za złe, że nie chciał podzielić się z nim przepisem na długowieczność. I tu od razu wyjaśnię – bohaterowie sami nie wiedzą czemu tacy są. Booker chcąc odpokutować te zdarzenia zdradza resztę zespołu, licząc, że badania nad nimi pozwolą uniknąć ludziom losu jego rodziny.

Joe / Yusuf Al-Kaysani (Marwan Kenzari) i Nicky / Nicolo di Genova (Luca Marinelli) – ci panowie to coś, co mi w tym filmie rozwaliło pogląd na związki i istotę miłości. Mianowicie Joe i Nicky są parą. Ale nie taką zwykłą parą dwóch homoseksualnych mężczyzn. Poznali się w trakcie krucjat, walcząc po przeciwnych stronach. Jeden z nich wspomina nawet, że „zabijali się nawzajem”. W ich przypadku – niejednokrotnie. I mimo, że niektórych patrzenie na związki tego typu może wprawiać w stan oburzenia, to sposób w jaki przedstawiono ich miłość w trakcie długowieczności jest najzwyczajniej piękny. Nie ma tu znudzenia, rutyny, są za to dwie osoby patrzące na siebie jak na bajeczny zachód słońca i to od setek lat tak samo. Co więcej, obaj wiedzą, że po upadku z wieżowca nic im się nie stanie, a i tak się o siebie martwią. Każdemu bym chciała życzyć odnalezienie właśnie takiej drugiej osoby.

WRAŻENIA

Przyznam się szczerze, że widząc początek filmu miałam w głowie myśli typu „kolejny film sensacyjny… o bosz… czemu oni idą tak skąpo ubrani na akcję, przecież to łatwy cel… jak to umarli? Tak od razu?”. Ale właśnie po tym jak na początku filmu bohaterowie zostali rozstrzelani i wstali, gałki oczne mi się szerzej otworzyły i zaczęłam się zastanawiać o co tu chodzi.

Film wchłania człowieka i zostawia w nim nie tylko przyzwoite kadry kina akcji, ale również kilka myśli do przetrawienia. Oglądając produkcję do głowy przychodziła mi co jakiś czas piosenka Queen „Who wants to live forever”. Mamy tu do czynienia z długowiecznymi bohaterami. Oni umierają, przekonujemy się o tym w trakcie filmu, ale wiele lat po tym, jak powinno się to dokonać. Widzimy, że ten czas to nie tylko możliwości i doświadczanie historii inaczej niż tylko na kartach podręcznika, ale również ogromne brzemię. Często takie, które wpędza w nałogi, depresję, chorobę psychiczną, które ciężko nieść i jest niezapomniane, nawet pomimo upływu setek lat.

Jak na mój gust film jest – posługując się szkolną nomenklaturą – piątkowy. Ciekawie zrealizowany w aspekcie wizualnym, z zaskakującym i dającym do myślenia scenariuszem. Mogę polecić to z czystym sercem.

No Comment

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Previous Black Angel - recenzja - jak termos UFO podbijał bezkresny róż
Next Maska - retro recenzje - Freud byłby dumny