Wolfenstein: Youngblood potwierdza dokładnie to samo, co potwierdził wcześniej Fallout 76 – że Bethesda absolutnie nie rozumie swoich marek oraz potrzeb klientów.

Bo co najbardziej się podobało w np. Wolfenstein: The New Colossus? Dla mnie to mięsiste, świetne strzelanie, dobra, wciągająca fabuła, oraz świetni bohaterowie. No i oczywiście Blazkowicz – nie sposób nie polubić tego gościa z kwadratową szczęką. Nic z tego nie znajdziemy w Wolfenstein: Youngblood. Prawda jest taka, że szukanie zalet w tej grze to robota trochę na siłę.

Wolfenstein: Youngblood to Spin-off którego mogłoby nie być

I ja wiem, że jest to historia poboczna, tylko luźno związana z przygodami Blazkowicza. Ale czy aby na pewno? W grze wcielamy się w postać Jess oraz Soph, córki znanego bohatera. Ten natomiast wyrusza na misję i nie wraca. Córeczki więc przywdziewają pancerze i ruszają do Paryża, by nie tylko znaleźć tatę, ale i dokopać całym armiom Niemców.

 

Subskrybuj nasz kanał na YouTube

 

Już pierwsze sceny wskazują, że twórcom coś totalnie odwaliło. O to dziewczyny lądują na pokładzie sterowca, gdzie znajduje się jeden z ważnych przywódców niemców. W pierwszej scenie dziewczyny zastanawiają się, w jaki sposób zabić niemca. I o to trzęsącymi się rękoma jakoś udaje się wystrzelić, a drugiej uderzyć szkopa. Fajnie. Pierwsza krew za nami. Od tego momentu pokonujemy dosłownie legiony niemców, a na sterowców znajdzie się także paru superżołnierzy. Pamiętacie jak w pierwszym nowym Wolfie Blazkowicz trafia do klatki z prototypowym super soldatem i po paru minutach ostrej walki udaje mu się go rozwalić? Jego córki są znacznie sprytniejsze, mimo że Blazkowicz był już wtedy twardym weteranem z tysiącami zabitych niemców na koncie.

Trzy takie budynki musimy zwiedzić. Dodaj do tego tutorial i epilog. Koniec gry

Potem krzaczków fabularnych jest znacznie więcej. Całe szczęście, nie musimy znosić tych pomyj, jedynie słuchać wybitnie ciężkich tekstów w stylu Rządzisz Siostra. Do tego ciągle trafiamy do windy, która rozdziela poszczególne poziomy. Cholera, my ciągle siedzimy w tej windzie. I za każdym razem widzimy jak jedna siostra denerwuje drugą lub tańczą. Co z tego, że krew jeszcze nie zdążyła ostygnąć na pancerzach, a parę godzin temu siostry zostały wyrzucone (yep) ze spadającego sterowca.

Gameplay? Lepiej przejść jeszcze raz The New Colossus

Jeszcze nigdy mi się nie chciało grać w jakąś poprzednią część gry, jak to było przy Wolfenstein: Youngblood. Nie tylko historia jest pisana patykiem na wodzie (a kampania to 10 godzin rozgrywki, dokładnie około 5 misji), ale także gameplay jest słaby. Strzelanie jest nie te same co w starym wolfensteinie, bardziej przypomina jakiś indyczy shooter. Ktoś bardzo niemądry wpadł na pomysł, żeby jednostki miały paski życia, a jakiś inny geniusz doszedł do wniosku, że powinny być dwa rodzaje pancerza.

Rozwój postaci jest spoko i akurat bardzo mi się spodobał. Inna sprawa to dziesiątki skórek za pieniądze.

I o to mamy więc ciężki i lekki pancerz, którego totalnie nie potrafię zrozumieć. O ile ciężkie roboty w grubym pancerzu możemy rozwalać za pomocą broni o większym kalibrze lub broni laserowej, to ma sens. Ale jeżeli weźmiesz tą samą broń i będziesz ostrzeliwać nią medyka w innym pancerzu, to musimy władować w niego parę magazynków, żeby go pokonać. Czaicie to? Gościu w płaszczu bierze na klatę po 2 – 3 magazynki ciężkiego karabinu maszynowego, podczas gdy jedna seria z lekkiego go rozwala i jeszcze mamy pociski na następnego. Co twórcy biorą?

Umieramy najczęściej nagle oraz bez wiedzy co zrobiliśmy źle.

Rozgrywka więc sprowadza się ciągle do żonglowania bronią, co dodatkowo wraz z tym, że wrogowie pojawiają się ze wszystkich stron, sprawia, że gra nie jest trudna (bo nie jest, przeciwnicy są tępi, SI to fikcja) tylko denerwująca. Do tego niektórzy wrogowie są pieprzonymi gąbkami na pociski i mimo właściwej broni, musimy wpakować w nich setki pocisków, zmieniając broń nawet na tą z gorszą amunicją, bo wszystko wystrzelaliśmy.

Pojawia się także … niemka w płaszczu i pistoletem maszynowym. Zabija nas jedną serią, nawet jeżeli mamy pełny pancerz. Jednocześnie opancerzeni niemieccy komandosi z wielkimi giwerami padają od jednej serii (o ile masz właściwą broń) i ledwo nam szkodzą. No kurde.

Widoki są nawet przyzwoite, ale poprzednia część wyglądała jednak lepiej.

Wszystko to sprawia, że w Wolfenstein: Youngblood grało mi się przyzwoicie tylko przez parę pierwszych godzin, czyli przez połowę gry. Oczywiście gra jest nastawiona na kooperację i twórcy liczą, że po ukończeniu gry, gracze będą grać dalej w zadania daily i bezsensowne misje polegające na pójściu do punktu, postrzelaniu i pójściu do innego punktu. Daily codzienne to bardzo śmieszne rzeczy, trafiłem np. na takie, że należy zrobić podwójny skok około 20 razy hahahaha.

Grafika? Optymalizacja? Znacie inne żarty?

W sieci krążą plotki, że ta gra wygląda tak samo jak poprzedni Wolfenstein. Wiecie co? To był żart. Tak naprawdę wygląda gorzej. A dlaczego? Ponieważ nie mogę ustawić jej na ultra tak jak mogłem ustawić New Colossus. Nawet grając na wysokich ustawieniach graficznych, ciągle dostawałem durny komunikat, że w karcie graficznej brakuje ramu. No spoko, rozumiem. I tak dłużej w to grać nie będę.

Modele przeciwników to w większości przypadków copy z poprzednich odsłon serii Wolfenstein. Żeby podnieść poziom trudności i jakoś urozmaicić grę, dodano cyferki po nazwach wrogów. Sprawiają one, że przeciwnicy zadają większe obrażenia i mają więcej punktów życia. To samo zresztą dotyczy naszych postaci, gdyż siostry także zdobywają poziomy i ulepszają broń za walutę którą zdobywają za robienie wszystkiego.

Tajne niemieckie laboratoria. Jedna z wizytówek serii. Tutaj nie ma tego klimatu odkrywania tajemnic Rzeszy.

I to w sumie najbardziej pozytywny aspekt gry – system rozwoju broni, których nie ma dużo (ale każda zadaje obrażenia zadające sensowny dmg dla danego rodzaju pancerza). Bronie nie tylko mają swoje statystyki, które zmieniają się podczas montowania różnych elementów, ale także zbierają bonusy za zestawy, a ich wygląd się zmienia. Oczywiście dorzucono także skórki postaci oraz modeli broni, więc jest szansa że Bethesda coś jednak zarobi.

Plansze po których się przemieszczamy także są nie najgorsze, jednak niespecjalnie różnią się od tego co pamiętamy z New Colossus. Tam jednak mapy były ciekawsze, bo żyły (pamiętacie misje w Ameryce, gdzie przebieraliśmy się za strażaka? Propagandowe audycje, ludzie na ulicach, naziści patrolujący itp.). Jednak zwiedzanie ulic Paryża zdominowane przez nie tylko niemców, ale i ich architekturę oraz posterunki wojskowe, ma swój urok.

Podsumowanie

Wolfenstein: Youngblood to gra na maksymalnie 10 godzin zabawy, o ile bardzo będziemy chcieli ją przejść. Naprawdę nie widzę powodu, żeby w to grać, chyba że na serio nie macie nic do roboty, ale jest tyle zaległych fajnych gier, więc dwa razy się zastanówcie czy nie szkoda wam wydawać pieniędzy na to dzieło i pograć w coś innego.

The Breakdown

Jak dla mnie Fallout 76 był lepszą grą. Naprawdę, szkoda Waszego czasu.
Ocena Końcowa 2.5
Pros
- system rozwoju broni jest niezły
- mapy robią fajne wrażenie
Cons
- nie mam tyle miejsca, by wymienić wszystkie wady tej gry.

Brak Komentarzy. Może coś napisz?

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poprzedni Bloodstained: Ritual of the Night - Recenzja - Pukamy do Zamku
Następny Najgorętsze newsy ostatniego tygodnia - Sierpień 2019 #1