Odrodzony jako galareta. Film: Łzy Morza Lazurowego – recenzja


Łzy Morza Lazurowego

Odrodzony jako galareta. Film: Łzy Morza Lazurowego to film dla fanów serii, w którym Gobta niespodziewanie kradnie całe show. Sprawdzamy, czy kinowe Łzy Morza Lazurowego naprawdę się udały.

Odrodzony jako galareta. Łzy Morza Lazurowego to film, po którym nie spodziewałam się rewolucji, objawienia ani anime, które nagle zmieni moje podejście do życia. Spodziewałam się raczej przyjemnej przygody dla fanów, kilku ładnych scen akcji, trochę wakacyjnego klimatu i obowiązkowego przypomnienia, że nawet urlop w świecie Rimuru Tempesta musi prędzej czy później zamienić się w międzynarodowy kryzys. I w dużej mierze właśnie to dostałam.

Nie jest to film wybitny, ale jest zaskakująco sympatyczny. Ma wolniejszy początek, dziwnych przeciwników i finał, który może zostawić widza z miną człowieka, któremu ktoś właśnie zabrał deser sprzed nosa. Jednocześnie ma też serce, faktycznie kilka naprawdę dobrych scen walki i bohatera, który niespodziewanie kradnie całe show. Tym bohaterem jest Gobta. Tak, dokładnie ten Gobta!

Łzy Morza Lazurowego

Akcja filmu rozgrywa się pomiędzy trzecim a czwartym sezonem anime. Rimuru i jego towarzysze trafiają na resortową wyspę po zaproszeniu od Elmesii. W teorii ma to być zasłużony odpoczynek po politycznych wydarzeniach związanych z Federacją Jura-Tempest. Morze, słońce, jedzenie, napoje i chwilowa próba udawania, że nikt tutaj nie jest
Władcą Demonów, elitarnym wojownikiem czy nawet smokiem.

Brzmi miło, prawda? Oczywiście tylko przez chwilę, bo wakacje w anime są spokojne mniej więcej tak długo, jak spokojna jest pierwsza scena w horrorze przed wejściem do piwnicy. Na drodze Gobty pojawia się Yura, kapłanka z podwodnego królestwa Kaien. Jej lud zmaga się z poważnym zagrożeniem, a w tle czai się spisek związany z potężnym wodnym smokiem. W ten sposób urlop szybko zamienia się w kolejną przygodę, w której Rimuru i jego ekipa muszą ratować sytuację, zanim komuś przyjdzie do głowy zrobić z morza magiczny poligon.

Pierwsza część filmu jest dość powolna. Momentami aż za bardzo. Łzy Morza Lazurowego przez dłuższy czas sprawiają wrażenie rozbudowanego odcinka specjalnego, w którym twórcy chcieli najpierw dać fanom trochę wakacyjnego klimatu i fanserwisu, zanim przejdą do poważniejszej intrygi. Nie będę udawała, że cały ten fragment pędzi jak burza, bo raczej płynie sobie spokojnie jak ponton po basenie hotelowym.

Jednocześnie ten spokojniejszy start ma swoje zalety. Film pozwala wrócić do znanych bohaterów bez nerwowego pośpiechu. Jest czas na żarty, lekkie interakcje i pokazanie nowego miejsca. Resortowa wyspa wygląda przyjemnie, a twórcy zadbali o to, żeby bohaterowie wyglądali nieco inaczej, niż w głównej serii. Mamy stroje plażowe, wypoczynkowe, bardziej oficjalne i nawet bojowe, przez to całość wygląda bardziej jak osobna przygoda, a nie zwykły odcinek telewizyjny rozciągnięty do kinowego metrażu.

Łzy Morza Lazurowego

Największym zaskoczeniem filmu jest dla mnie Gobta. W głównej serii często działał jako komediowy dodatek, bohater od drzemek, jedzenia i okazjonalnego przypominania, że jednak potrafi więcej, niż sugeruje jego aparycja. Tutaj wreszcie dostaje prawdziwą przestrzeń. I co najlepsze, wykorzystuje ją znacznie lepiej, niż można było się spodziewać. Gobta w tym filmie nadal jest zabawny, nadal bywa nieporadny i nadal nie wygląda jak ktoś, komu na pierwszy rzut oka powierzyłabym los podwodnego królestwa.

I chyba właśnie w tym tkwi jego urok. Film pokazuje, że pod tą komediową powierzchownością jest ktoś lojalny, odważny i gotów pomóc, nawet wtedy, gdy sytuacja ewidentnie go przerasta. A w świecie Rimuru sytuacje przerastające zwykłego goblina pojawiają się mniej więcej co pięć minut.

Relacja Gobty z Yurą jest jednym z najmocniejszych elementów filmu. Ona jest poważna, związana obowiązkiem wobec swojego ludu i smoka, któremu służy. On jest bezpośredni, głośny, trochę chaotyczny i kompletnie inny od ludzi, z którymi Yura zwykle ma do czynienia. To oczywiście dość klasyczne zestawienie dwóch różnych charakterów, które z czasem zaczynają się do siebie zbliżać. Brzmi znajomo? Jasne. Ten motyw jest starszy niż niejeden smok w fantasy. Ale tutaj działa, bo film buduje tę relację przez działanie, a nie przez puste deklaracje.

Pod względem akcji film potrafi pozytywnie zaskoczyć. Największe magiczne sceny są efektowne, szczególnie w drugiej połowie, kiedy historia wreszcie nabiera tempa i robi się bardziej widowiskowo. Są wielkie ataki, wodne zagrożenia… czuć ten klasyczny dla anime rozmach. Najważniejsze sekwencje akcji wyglądają solidnie. Dodatkowo, sam świat jest kolorowy, bardzo baśniowy i przyjemnie odmienny od miejsc, które znamy z głównej serii.

Najbardziej podobały mi się jednak bardziej przyziemne walki Gobty. Są fizyczne i pełne charakteru. Zamiast kolejnej serii potężnych zaklęć dostajemy starcia oparte na unikach, ciosach, sprycie i komediowym wyczuciu. Gobta walczy tak, jak powinien walczyć Gobta: nie jak boska istota z nieograniczonym zapasem many, tylko jak ktoś, kto nadrabia odwagą, refleksem i pomysłowością. Te sceny mają energię i są jednym z głównych powodów, dla których film naprawdę warto zobaczyć.

Rimuru oczywiście nadal jest ważny, ale tym razem nie dominuje całej historii. I bardzo dobrze. Jako bohater jest już tak potężny, że gdyby od początku rozwiązywał każdy problem samodzielnie, film byłby zwyczajnie nudny. Twórcy rozsądnie odsuwają go trochę na bok, pozwalając Gobcie i Yurze prowadzić emocjonalną część opowieści.

Jednocześnie film ciekawie przypomina, że siła Rimuru ma polityczne konsekwencje. Dla niego wyjazd na wakacje może być po prostu odpoczynkiem z przyjaciółmi. Dla innych państw i frakcji obecność kilku Władców Demonów, najpotężniejszych wojowników Tempest, a także samego Veldory może wyglądać jak bardzo elegancko ubrana zapowiedź końca świata.

Łzy Morza Lazurowego

Nie wszystko działa równie dobrze. Największy problem mam z przeciwnikami. Oni… po prostu są. Robią swoje, popychają fabułę do przodu i zapewniają bohaterom powód do działania, ale trudno powiedzieć, żeby byli szczególnie pamiętni. Ich motywacje są raczej standardowe, a intryga nie wychodzi daleko poza bezpieczne schematy. To złoczyńcy „uniwersalni”, a nie postacie, o których myśli się jeszcze długo po seansie.

Trochę szkoda, bo samo tło podwodnego królestwa Kaien, wodnego smoka i politycznego spisku miało potencjał na coś mocniejszego. Yura również mogła dostać nieco bardziej wyrazisty charakter. Lubiłam ją i dobrze wypadała w duecie z Gobtą, ale czasami czułam, że film trzyma się bardzo znanego wzorca dumnej kapłanki z tajemnicą. Można było wycisnąć z tej postaci więcej.

Najbardziej dyskusyjny jest finał. W kinie byłam z dwoma osobami, a każde z nas inaczej go odebrało. Bez zdradzania szczegółów mogę powiedzieć, że film decyduje się na rozwiązanie, które nie każdemu przypadnie do gustu. Doceniam, że historia nie kończy wszystkiego w idealnie słodki i bezproblemowy sposób, ale emocjonalnie czułam pewien niedosyt. Jakby film przez długi czas budował relację, pozwolił mi się w nią zaangażować, a potem na końcu stwierdził, że piach mi w oczy…

Nie mam nic przeciwko słodko-gorzkim zakończeniom. Ba, często je lubię. Tutaj jednak zabrakło mi pełniejszego domknięcia. Z drugiej strony wolę finał, który mnie lekko drażni, niż taki, który nie wywołuje żadnej reakcji. A ten z pewnością zostaje w głowie, nawet jeśli niekoniecznie z powodów, których bym chciała.

Łzy Morza Lazurowego

Łzy Morza Lazurowego to film przede wszystkim dla fanów serii Odrodzony jako galareta. Teoretycznie da się go oglądać jako osobną przygodę, ale bez znajomości świata sporo rzeczy może umknąć. Rimuru, Veldora, polityczna pozycja Tempest, relacje między bohaterami i sama skala zagrożeń są dużo czytelniejsze, jeśli wcześniej widziało się serię. Nowy widz raczej zrozumie główną fabułę, ale może nie poczuć, dlaczego niektóre sceny są ważne albo zabawne.

Nie uważam tego za wielką wadę. Nie każdy film oparty na długoletniej serii musi być idealnym punktem wejścia dla zupełnie nowej publiczności. Czasem wystarczy, że dobrze obsługuje tych, którzy już znają bohaterów i chcą spędzić z nimi kolejne półtorej godziny. I pod tym względem Łzy Morza Lazurowego spełniają swoje zadanie.

Gdybym miała ocenić ten film jako wielkie kinowe widowisko, pewnie byłabym surowsza. Ale jako dodatek do świata Odrodzonego jako galareta, skierowany głównie do fanów, Łzy Morza Lazurowego dają sporo przyjemności. Mają swoje problemy, zwłaszcza po stronie antagonistów i finału, ale zostawiają po sobie pozytywne wrażenie. A jeśli film potrafi sprawić, że po seansie myślę głównie o tym, jak dobrze wypadł Gobta, to znaczy, że coś musiało pójść naprawdę dobrze.

Zobacz też:

Poprzednio Half-Life 2 - Recenzja - Czy klasyk dalej grzeje?
Następny Netflix wprowadzi w Polsce abonament z reklamami. Zapłacisz mniej, ale obejrzysz reklamy