Dragonkin: The Banished – Recenzja – Polowanie na Smoki


Dragonkin: The Banished to kolejny hack’n’slash, który pozwoli nam pokonywać hordy wrogów jednym z dostępnych bohaterów. Tym razem zapolujemy na smoki w świecie skazanym na zagładę. Czy ta sprawdzona i często powtarzalna formuła ma w sobie coś, co sprawi, że zostaniemy przed ekranem na dłużej? Zapraszam do recenzji gry Dragonkin: The Banished opartej na wersji na PlayStation 5!

Pierwsze, co powinniście zrobić po odpaleniu Dragonkin: The Banished, to włączyć opcjonalny prolog i ukończyć go w całości. Jest naprawdę rewelacyjny. Nie dość, że daje nam solidny wstęp do ciekawej historii świata i fabuły gry, będącej czystym hero story, to jeszcze klimatem oraz rozgrywką przypomina mi kultowe Dungeon Siege 2. W prologu możemy przez chwilę zagrać rozwiniętą wersją każdej z czterech klas postaci, a każda z nich ma zupełnie inne umiejętności, tempo walki i cechy. Dzięki temu znacznie łatwiej wybrać początkowego bohatera. Podczas prologu cały czas myślałem sobie: dlaczego inne gry, z Diablo IV na czele, nie pozwalają nam ograć takiego krótkiego wstępu każdą rozwiniętą klasą?

Dragonkin: The Banished – zaskakująco dobry hack’n’slash

Tak czy inaczej, po skończeniu prologu i stworzeniu bohatera czas na właściwą zabawę. Wcielamy się tutaj w młodego łowcę smoków, a musicie wiedzieć, że nie jest to tak prosty zawód, jak mogłoby się wydawać. Smoki emitują skazę, która sprawia, że zarówno ludzie, jak i zwierzęta przemieniają się w potwory. Najpierw są to powolne, ciche szepty zachęcające do zdrady, ale potem dochodzi już do paskudnych mutacji i przemian. Specjalnie szkoleni łowcy są jedyną skuteczną formą walki ze smokami, a naszym celem będzie obrona oraz rozbudowa ostatniego stabilnego miasta na świecie, czyli Montescail. Nie będziemy jednak sami. Naszym towarzyszem zostaje mały smok, który używa umiejętności razem z nami i rozwija się podobnie jak główny bohater. Finalnym celem jest oczywiście pokonanie prastarych smoków próbujących zgładzić ludzkość. To prosta historia, ale ma swój wyczuwalny klimat, a świat pełen smoków, skazy i desperackiej walki o przetrwanie potrafi wciągnąć. Szczególnie dobrze działa tutaj miasto, które sami rozwijamy, ulepszamy, a nawet ozdabiamy tak, jak chcemy.

Rozgrywka w Dragonkin: The Banished jest klasyczna dla gatunku. Wyruszamy na misje, pokonujemy hordy wrogów oraz różne elity, a finalnie realizujemy cele wyprawy, często zakończone walką z jakimś paskudnym bossem, najczęściej smokiem. Gra wyróżnia się jednak w paru miejscach. Przede wszystkim za nami lata nasz smoczek, którego wybieramy na początku gry. Potem możemy go zmienić, ale sami decydujemy, jakich umiejętności ma używać, tworzymy mu pancerz i dobieramy atrybuty. Nie jest to więc tylko sympatyczna maskotka latająca za plecami, ale realny element rozwoju postaci.

Smoki mają różne rozmiary, kształty, motywy i umiejętności. W zasadzie rzadko spotkamy takich typowych przedstawicieli

Do tego świat gry został zaprojektowany tak, by nagradzać nas za eksplorowanie. Wszędzie rozsiane są punkty widokowe, które odsłaniają mapę, oraz relikty, które możemy zanieść do miasta. Te dają punkty doświadczenia, ale nie nam, tylko właśnie naszej stolicy. Każdy kolejny poziom miasta to nowe możliwości, dzięki którym szybciej rozwijamy postać, tworzymy lepsze mikstury, nową biżuterię czy modyfikujemy parametry zdobytych przedmiotów. Każdy poziom odblokowuje kolejne opcje, więc początkowo gra może wydawać się trochę przeładowana systemami, ale z czasem okazuje się, że większość z nich ma sens. Przez większość czasu czułem raczej ciekawość i wrażenie, że gra regularnie podrzuca mi nowe zabawki.

W ramach jednego miasta możemy tworzyć też kolejne postacie, które otrzymają łatwiejszy start. Dragonkin: The Banished posiada ciekawy i rozbudowany system umiejętności oparty na sporej matrycy. Umieszczamy w niej różne formy z aktywnymi oraz pasywnymi umiejętnościami, a naszym celem jest takie ich ustawienie, by aktywować jak najwięcej bonusów. To wpływa na końcowy poziom naszej umiejętności i pozwala tworzyć naprawdę różne kombinacje. Problem polega na tym, że system został bardzo słabo wytłumaczony. Mamy możliwość otworzenia okna z wyjaśnieniem, ale nie odpowiada ono na wszystkie pytania. W zasadzie do dzisiaj nie jestem pewien, czy aktywacja i dezaktywacja niektórych umiejętności w tej matrycy działa dokładnie zgodnie z zasadami, czy jest efektem jakiegoś logicznego błędu. Finalnie da się zrozumieć, o co chodzi, ale nie będzie to zasługa samej gry. A szkoda, bo sam pomysł z hexagonami i budowaniem połączeń ma spory potencjał.

Matryca umiejętności wymaga wiele kombinowania, ale daje też dużo możliwości.

System walki jest satysfakcjonujący, zwłaszcza dzięki rozwojowi postaci. Możemy dowolnie mieszać umiejętności i tworzyć takie zestawy, jakie chcemy. Żadne sztywne drzewko nie stoi nam tutaj na przeszkodzie. Musimy tylko znaleźć odpowiednie formy do naszej matrycy, które wypadają z potworów. Ten problem również z czasem się zmniejsza, bo dzięki rozwojowi miasta możemy modyfikować znalezione przedmioty i wymieniać niektóre umiejętności. Możemy tworzyć różne synergie, łącząc pasywne i aktywne efekty. Szarża może być dłuższa, efekt obszarowy większy, a atak może zostać wyprowadzony podwójnie przy tym samym koszcie.

Problemem bywa jednak sterowanie. Kierowanie postacią za pomocą pada jest niekiedy mało precyzyjne, zwłaszcza kiedy używamy kierunkowych umiejętności wymagających podtrzymania i pozwalających na chodzenie. Nasz bohater nie może się wtedy swobodnie obracać, a oznaczanie przeciwników jest trochę zbyt kapryśne. Przy spokojniejszej rozgrywce da się to wybaczyć, ale w późniejszej fazie gry, kiedy na ekranie dzieje się więcej, potrafi to lekko irytować.

Punkty widokowe pozwalają zobaczyć świat pod kątem niedostępnych dla izometrycznej kamery

To, co bardzo spodobało mi się w Dragonkin: The Banished, to odblokowanie wszystkich poziomów trudności od początku gry. Jeżeli graliście kampanię w Diablo IV, to pewnie zauważyliście, jak prosta bywa ona na najwyższym dostępnym tam poziomie trudności. Tutaj tego problemu nie ma. Poziom trudności możemy dynamicznie zmieniać za każdym razem, gdy wrócimy do naszej cudownej stolicy. Jeżeli czujesz, że jest za łatwo, od razu zwiększasz poziom i tym samym przyspieszasz rozwój bohatera, zdobywasz więcej złota oraz masz większą szansę na lepsze przedmioty.

Do tego najwyższe poziomy trudności mają swoje unikatowe przedmioty, więc docelowo powinniśmy dążyć do ciągłego zwiększania wyzwania, jeżeli chcemy wyciągnąć z gry jak najwięcej. To bardzo dobre rozwiązanie, bo Dragonkin: The Banished nie trzyma gracza za rękę na siłę i nie każe mu najpierw przechodzić nudniejszego wariantu gry tylko po to, by później odblokować prawdziwą zabawę. Oczywiście nie da się ukryć, że Dragonkin: The Banished nadal jest hack’n’slashem, więc część aktywności po czasie zaczyna działać według podobnego schematu. Idziemy na mapę, czyścimy przeciwników, zbieramy łup, wracamy do miasta, ulepszamy postać i ruszamy dalej. Mnie ta pętla przez większość czasu sprawiała przyjemność, bo rozwój bohatera, smoka i miasta jest odpowiednio satysfakcjonujący. Jeżeli jednak ktoś nie lubi powtarzalności wpisanej w ten gatunek, Dragonkin raczej go nagle nie przekona.

Wyższe poziomy trudności odblokowują nowe rodzaje przedmiotów

Największą siłą gry jest to, że niemal każdy element rozgrywki dokłada cegiełkę do rozwoju. Walka daje łup, eksploracja rozwija miasto, miasto daje nowe narzędzia, narzędzia pozwalają mocniej kombinować przy buildzie, a build zachęca do podbijania poziomu trudności. To działa. Nie zawsze idealnie, nie zawsze czytelnie i nie zawsze tak precyzyjnie, jak bym chciał, ale działa na tyle dobrze, że trudno było mi od Dragonkin: The Banished odejść po jednej misji. Dragonkin: The Banished to bardzo solidny hack’n’slash z kilkoma naprawdę dobrymi pomysłami. Prolog powinien być pokazywany innym twórcom gatunku jako przykład tego, jak zaprezentować klasy postaci przed wyborem bohatera. Miasto jako centralne miejsce rozwoju świetnie spina całą strukturę gry, a smoczy towarzysz i system matrycy dają jej własną tożsamość. Szkoda tylko, że część mechanik została wyjaśniona zbyt oszczędnie, a sterowanie na padzie nie zawsze nadąża za tym, co dzieje się na ekranie. Czy warto zagrać w Dragonkin: The Banished? Jeżeli lubicie hack’n’slashe, rozwijanie bohatera, kombinowanie z buildami i gry, które nie boją się dorzucić kilku własnych systemów do znanej formuły, to zdecydowanie tak. Nie jest to rewolucja, która nagle przewróci gatunek do góry nogami, ale jest to gra z charakterem, dobrym klimatem i bardzo przyjemną pętlą rozgrywki. A czasami właśnie tego od takiej produkcji oczekuję najbardziej.

Dragonkin: The Banished możesz kupić w Sklepie z Grami

Podsumowanie

Dragonkin: The Banished nie wymyśla hack’n’slasha od nowa, ale ma świetny prolog, dobry klimat i kilka systemów, które naprawdę chce się rozwijać.
Ocena Końcowa 7.5
Pros
- Ciekawa fabuła z pogranicza mrocznego fantasy w klimacie Dungeon Siege
- Bardzo dobry prolog, pozwalający przetestować wszystkie cztery klasy postaci
- Świetny pomysł z rozwojem miasta jako centralnego miejsca dla bohaterów
- Rozbudowany system rozwoju postaci, dający sporo swobody
- Przyjemna pętla walki, lootu i ulepszania bohatera
- Sporo poziomów trudności odblokowanych od początku gry
Cons
- Niektóre mechaniki, zwłaszcza hexagony, są kiepsko wytłumaczone
- Problematyczne obracanie się bohatera przy używaniu umiejętności
- Gra potrafi przytłoczyć liczbą systemów na początku
- Część aktywności po czasie robi się powtarzalna
Poprzednio Gothic Remake – łuk, kusza i zręczność. Czy warto grać postacią dystansową?
To jest najnowszy artykuł.