Grałeś w Pokémon GO? Mogłeś pomagać budować mapę świata dla AI


Pokémon GO znowu wraca do dyskusji o prywatności, ale tym razem nie chodzi tylko o lokalizację telefonu, chodzenie po mieście z włączoną kamerą ani kolejną funkcję rozszerzonej rzeczywistości. Według ustaleń Guardiana historyczne skany miejsc wykonywane przez graczy miały zostać użyte do trenowania modeli AI Niantic, które potrafią rozpoznawać i interpretować fizyczną przestrzeń. Problem zaczyna się tam, gdzie ta technologia spotyka się z nowym biznesem Niantic Spatial i partnerstwem z firmą Vantor, pracującą nad rozwiązaniami lokalizacji dla dronów oraz systemów działających w miejscach, gdzie GPS jest niedostępny, zakłócany albo zawodny.

Na pierwszy rzut oka brzmi to jak kolejna historia z pogranicza technologicznej paranoi i internetowego uproszczenia. Pokémon GO było przecież mobilną grą, w której gracze łapali wirtualne stworki w realnym świecie, odwiedzali PokéStopy, kręcili dyskami, wykonywali zadania i rywalizowali w raidach. Tyle że od 2021 roku część użytkowników mogła także skanować wybrane lokalizacje telefonem, przesyłając krótkie nagrania otoczenia w zamian za nagrody w grze. Funkcja była dobrowolna i wymagała zgody, ale dzisiejszy spór nie dotyczy wyłącznie tego, czy ktoś kliknął odpowiedni przycisk. Chodzi o to, czy przeciętny gracz naprawdę rozumiał, do czego w przyszłości mogą posłużyć takie dane. O sytuacji poinformował portal DroneXL.

Niantic przez lata budowało coś więcej niż tylko popularną grę mobilną. Pokémon GO było jednocześnie produktem rozrywkowym, narzędziem do promowania ruchu na świeżym powietrzu i ogromnym systemem zbierania informacji o realnym świecie. Gracze odwiedzali parki, place, zabytki, murale, tablice, pomniki, kościoły, centra miast i lokalne punkty orientacyjne. Gdy do tego doszły skany AR, firma otrzymywała nie tylko dane o tym, gdzie użytkownik się znajduje, ale także materiał pozwalający lepiej zrozumieć, jak konkretne miejsce wygląda z perspektywy telefonu trzymanego przez człowieka.

Według Guardiana skany z Pokémon GO zostały wykorzystane do trenowania modeli bazowych Niantic, czyli systemów mających rozpoznawać i interpretować przestrzeń fizyczną. Niantic Spatial, firma wydzielona z Niantic, ogłosiła później współpracę z Vantor przy technologii pozycjonowania w warunkach, w których klasyczny GPS nie działa albo może zostać celowo zakłócony. Oficjalny opis partnerstwa mówi o rozwiązaniach przydatnych dla autonomicznych systemów, zespołów terenowych i operacji wymagających orientacji w przestrzeni bez satelitów. I właśnie tu zwykłe skanowanie PokéStopów zaczyna wyglądać zupełnie inaczej niż niewinna aktywność poboczna w grze mobilnej.

Obie firmy podkreślają, że skany wykonane przez graczy Pokémon GO nie zostały przekazane Vantorowi w ramach tej współpracy. Niantic Spatial wskazuje też, że materiały były przesyłane dobrowolnie przez użytkowników, którzy korzystali z funkcji AR Scan i podlegali ówczesnym warunkom korzystania z usługi oraz polityce prywatności. To ważne zastrzeżenie, bo łatwo byłoby sprowadzić całą sprawę do prostego hasła: „gracze trenowali drony wojskowe”. Rzeczywistość jest bardziej złożona, ale niekoniecznie mniej niepokojąca. Nawet jeżeli dane nie zostały po prostu wysłane partnerowi, to mogły zasilić modele i technologie, które później stają się częścią zupełnie innego ekosystemu.

Właśnie dlatego temat budzi emocje. Gracz nie musiał myśleć o wojnie, dronach, zakłócaniu GPS ani systemach autonomicznej nawigacji, gdy skanował plac zabaw, pomnik albo ścianę budynku, żeby dostać bonus w aplikacji. Dla niego była to część gry. Dla firmy mogła to być część większego planu stworzenia cyfrowej warstwy realnego świata. Dla partnerów technologicznych taka warstwa może być natomiast fundamentem do budowania narzędzi, które nie mają już nic wspólnego z łapaniem Pikachu w parku.

To nie jest pierwszy raz, gdy zwykła aplikacja konsumencka okazuje się czymś więcej niż produktem dla użytkownika. W ostatnich miesiącach podobne pytania pojawiały się przy okazji sztucznej inteligencji wciskanej do przeglądarek, telefonów, komunikatorów i urządzeń noszonych. Pisaliśmy o tym między innymi przy sprawie rozpoznawania twarzy w aplikacji Meta AI, gdzie problemem było nie tylko samo istnienie technologii, ale też jej potencjalne działanie w przestrzeni publicznej. Podobny mechanizm widać tutaj: funkcja przedstawiana jako wygodna, ciekawa albo nagradzająca użytkownika po latach może okazać się źródłem danych dla zupełnie innych zastosowań.

Najbardziej praktyczne pytanie brzmi: co właściwie oznacza zgoda użytkownika w takich przypadkach? Regulaminy i polityki prywatności zwykle dają firmom szerokie prawa do przetwarzania treści przesyłanych przez użytkowników. Tyle że przeciętny gracz nie czyta kilkudziesięciu stron dokumentów i nie analizuje scenariuszy, w których jego nagranie lokalnego muralu może pomóc w trenowaniu systemu rozpoznającego przestrzeń dla robotów albo dronów. Formalna zgoda nie zawsze oznacza świadomą zgodę, zwłaszcza gdy zastosowania technologii zmieniają się kilka lat później.

Dla branży gier to niewygodny temat, bo pokazuje, że nowoczesne gry usługowe nie kończą się na rozgrywce. Konto, lokalizacja, kamera, mikrofon, biblioteka zakupów, aktywność społecznościowa i dane telemetryczne stają się częścią większego ekosystemu. Gracz często płaci czasem, uwagą i danymi, nawet jeśli sama aplikacja jest darmowa. W przypadku Pokémon GO ten mechanizm był wyjątkowo widoczny, bo gra od początku łączyła świat cyfrowy z fizycznym. Teraz okazuje się, że ta granica mogła zostać przesunięta jeszcze dalej, niż wielu użytkowników przypuszczało.

Sprawa jest też kolejnym przykładem szerszego problemu z AI. Modele sztucznej inteligencji potrzebują gigantycznych zbiorów danych, a firmy technologiczne coraz częściej szukają ich w produktach, które użytkownicy traktowali jako rozrywkę, narzędzie pracy albo codzienną usługę. Niedawno opisywaliśmy podobne napięcia przy temacie lokalnych funkcji AI w Chrome, gdzie kontrowersje dotyczyły sposobu komunikacji i tego, jak dużo technologii może trafić do urządzenia użytkownika bez jasnego ostrzeżenia. Tu sytuacja jest jeszcze mocniejsza, bo nie chodzi o plik na dysku, lecz o dane z prawdziwego świata.

Nie oznacza to, że każdy gracz Pokémon GO powinien dziś wpadać w panikę albo że każda funkcja AR jest z definicji podejrzana. Oznacza jednak, że warto patrzeć na gry mobilne znacznie trzeźwiej. Jeżeli aplikacja prosi o kamerę, lokalizację i możliwość skanowania otoczenia, to nie jest już tylko gra. To narzędzie zbierania danych przestrzennych, które mogą mieć wartość długo po tym, jak gracz zapomni o wykonanym zadaniu. A gdy takie dane trafiają do modeli AI, późniejsze oddzielenie „niewinnej rozrywki” od „poważnych zastosowań technologicznych” staje się praktycznie niemożliwe.

Pokémon GO przez lata było symbolem tego, jak gry mogą wyciągnąć ludzi z domu i zamienić spacer po mieście w zabawę. Teraz ta sama historia dostaje mniej przyjemny epilog. Gracze mogli pomagać w budowaniu mapy świata dla AI, nawet jeśli robili to tylko po to, żeby odebrać nagrodę w aplikacji. I właśnie dlatego ta sprawa jest tak ważna: pokazuje, że w epoce sztucznej inteligencji dane z gry nie zawsze zostają w grze.

Poprzednio Gothic Remake – frakcje i obozy. Jak dołączyć do Starego Obozu, Nowego Obozu i Obozu na Bagnie?
To jest najnowszy artykuł.