Władca Pierścieni: Wojna na Północy Legacy Edition – czy warto grać solo? – Recenzja


Władca Pierścieni: Wojna na Północy Legacy Edition pozwala ponownie wrócić do jednej z najlepszych gier osadzonych w uniwersum stworzonym przez J.R.R. Tolkiena. Tym razem pokierujemy trójką bohaterów, którzy działają na uboczu wydarzeń znanych z książek i pomagają Drużynie Pierścienia w osiągnięciu jej celu. Czy po latach Wojna na Północy nadal się broni i, co najważniejsze, czy warto zagrać w nią solo? Recenzja powstała na bazie wersji na PlayStation 5 i wyłącznie rozgrywki samodzielnej.

W Władcy Pierścieni: Wojnie na Północy Legacy Edition wcielamy się w trójkę bohaterów – elfkę Andriel znającą sztuki magiczne, strażnika Eradana oraz krasnoludzkiego wojownika Farina. Jesteśmy grupą przyjaciół działających w okolicach Bree i Shire, która regularnie poluje na orków i inne stworzenia ciemności. Tym razem Aragorn, jeden ze Strażników Północy – może znacie – daje nam znacznie poważniejsze zadanie. Z Shire wyruszyła grupa hobbitów posiadająca bardzo cenny ładunek, a siły Saurona coraz mocniej zaciskają swój chwyt na bezbronnych wędrowcach. Aragorn zajmie się Czarnymi Jeźdźcami, a nam zleca sprawdzenie pobliskich ruin, gdzie nastąpiła podejrzana koncentracja orków i goblinów. Szybko okazuje się, że wydarzenia na Północy są znacznie poważniejsze, niż początkowo sądziliśmy, a nasza drużyna będzie miała do odegrania własną rolę w wojnie z siłami ciemności.

Władca Pierścieni: Wojna na Północy Legacy Edition – SOLO jest lepsze, niż myślałem

Historia świetnie wpasowuje się w wydarzenia znane z Władcy Pierścieni. Odwiedzamy Bree, Obóz Strażników, Rivendell oraz kolejne miejsca związane mniej lub bardziej z główną opowieścią. Pomiędzy misjami możemy rozmawiać z NPC, poznawać dodatkowe historie i wykonywać zadania poboczne. Czasami są to drobiazgi, innym razem zadania prowadzą nas przez kilka lokacji i pozwalają dowiedzieć się czegoś więcej o mieszkańcach Śródziemia. Klimat dosłownie wylewa się z ekranu i właśnie tutaj Wojna na Północy nadal robi na mnie największe wrażenie. Jeżeli nigdy wcześniej w nią nie graliście, a uwielbiacie książki albo filmy, to Legacy Edition jest bardzo dobrym pretekstem, by wreszcie nadrobić ten tytuł. Spotykamy znanych bohaterów, ale nie sterujemy Aragornem, Legolasem czy Gimlim. Mamy własną drużynę oraz własną historię, która dzieje się obok wielkich wydarzeń. Część postaci wygląda przy tym niemal jak żywcem wyjęta z filmów. Gandalf, Legolas czy Frodo są bardzo znajomi, chociaż nie wszyscy bohaterowie zostali odwzorowani w taki sam sposób. Gimli wygląda już trochę inaczej, ale paradoksalnie nawet mi się to podoba. Dzięki temu nie miałem poczucia, że gram w prosty spin-off ekranizacji, ale w samodzielną opowieść osadzoną w tym samym świecie.

Ten Majar wygląda znajomo

Rozgrywka jest dosyć nietypowa jak na grę akcji. Sterujemy trójką bohaterów i możemy pomiędzy nimi dowolnie się przełączać, a pozostałą dwójkę prowadzi komputer. Każda postać posiada własne umiejętności oraz styl gry, który pogłębia się wraz z rozwojem. Farin jest świetny w ciężkiej walce wręcz, Andriel korzysta z magii, a Eradan może skupić się na walce dystansowej albo dwóch broniach. Najbardziej interesowało mnie, jak całość sprawdza się solo. Wojna na Północy była przecież od początku projektowana również z myślą o kooperacji i obawiałem się, że samotna rozgrywka będzie sprawiała wrażenie gorszej wersji gry. Nic takiego się jednak nie stało. Towarzysze sterowani przez komputer radzą sobie wystarczająco dobrze, a możliwość przełączania się pomiędzy bohaterami pozwala reagować na sytuację i sprawdzać różne style walki. Bardzo podoba mi się także to, że bohaterowie nie są wyłącznie trzema skórkami tej samej postaci. W rozmowach z NPC potrafią zadawać inne pytania i otrzymywać różne odpowiedzi. Andriel w Rivendell czuje się jak u siebie, podczas gdy dla Farina jest to bardziej egzotyczna wyprawa. To drobiazgi, ale właśnie takie rzeczy budują wrażenie, że podróżuje ze sobą prawdziwa drużyna.

Główny złoczyńca, człowiek, będący też uczniem Saurona

Największą gwiazdą pozostaje jednak system walki. W Wojnie na Północy mierzymy się z hordami orków, nieumarłych i innych stworzeń służących ciemności. Walka jest brutalna, szybka i bardzo satysfakcjonująca. Możemy wykonywać efektowne wykończenia, a dobre akcje są nagradzane dodatkowym doświadczeniem oraz aktywacją trybu bohaterskiego zwiększającego nasze możliwości bojowe. Do tego dochodzi rozwój postaci, który pozwala budować naprawdę ciekawe kombinacje. Okrzyk Bojowy Farina można wzmacniać kilkoma umiejętnościami, zamieniając krasnoluda w potężne wsparcie dla całej drużyny. Eradan początkowo najmniej przypadł mi do gustu przez zależność od strzał, ale rozwinięty jako wojownik walczący dwoma broniami potrafi siać prawdziwe spustoszenie. Andriel daje z kolei zupełnie inne możliwości dzięki magii i umiejętnościom wspierającym. Co ważne, nie musimy obsesyjnie pilnować poziomów wszystkich trzech postaci. Możemy spokojnie grać tym bohaterem, który aktualnie najbardziej nam odpowiada, a pozostali nie zostaną daleko w tyle. W samotnej rozgrywce jest to szczególnie ważne, bo zachęca do eksperymentowania zamiast przywiązywania się do jednej postaci na całą kampanię.

Wojna na Północy ma też sporo z looter slashera. Z przeciwników i skrzyń wypada mnóstwo broni, pancerzy, pierścieni oraz innych przedmiotów o różnych poziomach jakości. Regularnie zaglądamy więc do ekwipunku, porównujemy statystyki i szukamy kolejnego ulepszenia dla swojej drużyny. To prosty system, ale dobrze współgra z walką i rozwojem bohaterów. Niestety właśnie zarządzanie ekwipunkiem jest jednym z najsłabszych elementów gry. Każdy bohater posiada osobny plecak, a sprzedaż większej liczby przedmiotów szybko robi się uciążliwa. Brakuje wspólnej skrzynki albo prostego miejsca, do którego można wrzucić wszystko przeznaczone na handel. Do tego interfejs potrafi automatycznie zaznaczyć aktualnie założony przedmiot i przy chwili nieuwagi można sprzedać coś, czego zdecydowanie nie chcieliśmy się pozbywać. Da się do tego przyzwyczaić, ale czuć tutaj wiek oryginalnego projektu.

Widoczki są ładne i miło jest zobaczyć np. kurhany w grze z takiej perspektywy

To, co zestarzało się najlepiej, to przede wszystkim tempo rozgrywki. Wojna na Północy nie zasypuje nas dziesiątkami systemów, aktywności pobocznych i znaczników. Wchodzimy do lokacji, rozmawiamy z bohaterami, bierzemy zadanie, rozwijamy postać i ruszamy dalej. Dzisiaj, kiedy wiele gier akcji próbuje zatrzymać gracza na dziesiątki godzin dodatkowymi aktywnościami, taka prostota jest wręcz odświeżająca. Najgorzej zestarzał się natomiast interfejs oraz zarządzanie przedmiotami, bo tutaj naprawdę czuć starsze standardy projektowania. Grafika również zdradza swoje lata, chociaż wyższa rozdzielczość bardzo pomaga. Klasyczna oprawa ma swój urok i osobiście naprawdę lubię wracać do produkcji, które nie próbują wyglądać jak współczesne gry za wszelką cenę. Modele postaci i część otoczenia są oczywiście prostsze niż dzisiaj, ale kierunek artystyczny nadal dobrze sprzedaje klimat Śródziemia. Do tego dochodzi świetna muzyka, która podczas większych starć oraz wizyt w znanych lokacjach robi dokładnie to, czego od niej oczekuję. Pojawiają się niestety sporadyczne problemy techniczne. Zdarzają się niewidzialne ściany, dziwne zachowanie celowania albo sytuacje, w których bohater zaatakuje trochę pod innym kątem, niż planowaliśmy. Nie były to jednak błędy na tyle częste, żeby mocno psuły mi zabawę. Bardziej irytowały mnie drobne problemy z interfejsem oraz niektórymi trofeami, które potrafią naliczać się w nieoczywisty sposób.

Będziemy mieć wielu sojuszników w walce ze złem, między innymi orły.

Mimo tych wad najważniejsze elementy nadal działają. Walka daje ogromną satysfakcję, trzy klasy rzeczywiście różnią się od siebie, rozwój bohaterów zachęca do kombinowania, a tony zdobywanego sprzętu regularnie dają powód do sprawdzania kolejnych skrzyń. Do tego historia bardzo dobrze wykorzystuje uniwersum Tolkiena, ale nie próbuje bezmyślnie kopiować przygód Drużyny Pierścienia. Największym pozytywnym zaskoczeniem okazała się dla mnie właśnie samotna rozgrywka. Władca Pierścieni: Wojna na Północy Legacy Edition bardzo dobrze sprawdza się solo i ani przez chwilę nie miałem poczucia, że bez dwóch znajomych tracę połowę zabawy. Kooperacja oczywiście pozostaje ważnym elementem gry, ale absolutnie nie jest warunkiem dobrej zabawy. Czy warto więc wrócić do Wojny na Północy? Zdecydowanie tak. Legacy Edition nie zmienia tej gry w nowoczesne RPG i nadal czuć tutaj kilka archaicznych rozwiązań, szczególnie w zarządzaniu ekwipunkiem oraz interfejsie. Pod nimi wciąż jednak znajduje się świetna, brutalna i niezwykle klimatyczna przygoda w Śródziemiu. Jeżeli graliście w oryginał, macie bardzo dobry powód do powrotu. Jeżeli ominęliście go lata temu, to trudno o lepszy moment, żeby nadrobić zaległości.

Jeżeli zastanawiacie się, kim rozpocząć zabawę, przygotowaliśmy także poradnik dotyczący wyboru Eradana, Farina i Andriel. Szczególnie podczas gry solo warto sprawdzić, czym różnią się bohaterowie i jaki styl walki najbardziej Wam odpowiada.

Podsumowanie

Wojna na Północy Legacy Edition pokazuje, że świetna walka, klimat Śródziemia i proste RPG potrafią bronić się nawet wiele lat później.
Ocena Końcowa 8.0
Pros
- Świetna historia pełna smaczków dla fanów Władcy Pierścieni
- Bardzo dobrze sprawdza się także podczas gry solo
- Klimatyczna oprawa graficzna i świetna muzyka
- Satysfakcjonujący, brutalny system walki
- Trzy wyraźnie różniące się klasy postaci
- Dużo ekwipunku i przyjemny rozwój bohatera
Cons
- Problematyczne i mało wygodne zarządzanie ekwipunkiem
- Sporadyczne problemy techniczne
Poprzednio DWORY 6 - co trzeba pamiętać przed nowym tomem? Najważniejsze wydarzenia i wątki
To jest najnowszy artykuł.