Przymierze Wróbli (Shield of Sparrows) wywołało niemałe poruszenie na rynku romantasy. Czy warto przeczytać tę książkę?
Gdyby ktoś mi rok temu powiedział, że w 2026 będę z wypiekami na twarzy czytała jeszcze kolejną romantasy o aranżowanym małżeństwie, tajemniczym facecie z traumą i potworach czających się za rogiem, to chyba bym go wyśmiała. A jednak Shield of Sparrows (w Polsce zostanie wydana jako Przymierze Wróbli) od Devney Perry zrobiło mi rzecz, którą bardzo lubię: wciągnęło mnie, nawet mimo przewracania oczami i chęci krzyku na bohaterów.
Książka ma zostać wydana w Polsce w 2026 roku.
Przymierze Wróbli to książka, która w teorii oparta została na znanych (pewnie już oklepanych) motywach. Jest księżniczka Odessa, najstarsza córka króla Quentis, ale ta „mniej ważna” oraz mniej doceniana, bo oczywiście tata – król ma swoją ulubienicę: przyrodnią siostrę, wychowaną na ideał, wyszkoloną, przygotowaną, wystawioną na lśniącej tacy dla polityki zagranicznej. I to właśnie młodsza Mae ma poślubić księcia z sąsiedniego królestwa, bo tak mówi traktat, tak nakazują warunki sojuszu i jakieś inne wielkie sprawy.
Odessa ma… no cóż, oddychać cicho w tle i nie przeszkadzać. Taki klasyk doprawiony faktem, że Odessa ma rude włosy i kompleks niewidzialności. Stereotypowa bohaterka powieści fantasy? Prawdopodobnie, jednak autorka zrobiła coś sprytnego: zamiast próbować wymyślić wszystko od nowa, bierze to cliché i tak buduje tę postać, że nawet ja zaczęłam jej kibicować.

Historia rozpoczyna się z odpowiednią dramaturgią, w dniu, w którym Mae ma zostać żoną księcia Turah. Wtedy pojawia się ON, patrzy na całą sytuację i… korzysta ze starego prawa/rytuału, dzięki któremu może wybrać inną pannę młodą. I wybiera oczywiście Odessę. Wyobraźcie sobie poziom rodzinnej życzliwości, gdy ktoś nagle zamienia „przygotowaną od dziecka księżniczkę – szpiega” na siostrę, która przez pół życia była dekoracją. To taki piękny zwiastun epickiej katastrofy.
Odessa praktycznie bez ostrzeżenia zostaje wysłana do obcego kraju, z mężem, którego nie zna, a w pakiecie dostaje jeszcze osobnika z kategorii „mroczny”, „denerwujący” i „tajemniczy”. On jest znany jako Guardian, czyli strażnik/żołnierz oraz ten, który ma chronić królewską parę. I jeśli myślicie, że to jest typ, który cierpliwie tłumaczy zasady bezpieczeństwa, to nie tu. To raczej gburowaty typ, który patrzy na ciebie jak na problem i rzuca półzdaniami, jakby słowa kosztowały go złoto.
“How much of an identity could one person lose before they were hollowed into a shell?”
W tym momencie Przymierze wróbli zaczęło mnie kupować na dwóch poziomach naraz. Pierwszy: świat. Turah nie jest krainą, w której największym zagrożeniem jest zła teściowa i nieudany bal. Tu naprawdę coś zżera rzeczywistość. Po dzikich terenach kręcą się potwory, ludzie chorują na jakąś tajemniczą zarazę, a całe to królestwo ma w sobie nerwową atmosferę miejsca, które wie, że stoi na krawędzi.
Drugi poziom: emocje i relacje. Odessa nie wchodzi do Turah jako wojowniczka z mieczem. Wchodzi jako dziewczyna wychowana na usłużną, ale jednocześnie jest głodna życia, bodźców, wolności. I to jest w niej zaskakująco świeże. Jest niepewna, czasem zagubiona, jednak nie jest podnóżkiem. Jej siła wewnętrzna powoli rośnie, czasem z jakimś opóźnieniem, czasem przez złość, czasem przez upokorzenie. I to jest właśnie dobre: ja jej rozwój kupuję, bo on nie jest magiczną przemianą w trzy rozdziały.
“You don’t have to hide who you are, Cross. Not here.”
Jeśli chodzi o budowanie świata, to mam mieszane uczucia. Devney Perry buduje świat do poznania „w biegu” – bez zbędnych wykładów, bez encyklopedycznych opisów, co osobiście bardzo lubię. Tyle że czasem to poznawanie w biegu wygląda jak seria rozmów, w których Odessa zadaje pytania. Dużo pytań. Bardzo dużo pytań. Pytania w głowie, pytania na głos, pytania retoryczne, pytania jak z formularza urzędowego… Kochana, ja też tego nie wiem, bo autorka jeszcze mi nie powiedziała! Czasami, zamiast naturalnie wplecionych informacji, miałam wrażenie, że świat jest na siłę wyciągany z bohaterów.
Do tego dochodzi lekka nierówność w szczegółach. Jedna rzecz nagle jest wielką sprawą, po czym znika jak mój zapał do życia w poniedziałek rano. Pojawiają się elementy, które brzmią jak zapowiedź dużego wątku, a potem nie dostają satysfakcjonującej kontynuacji. To są drobiazgi, ale w fantasy drobiazgi robią różnicę, bo one budują cały świat.
Największym plusem tej książki są potwory i akcja. Ataki bestii są napisane naprawdę dynamicznie, z poczuciem zagrożenia. Tu czuć, że ludzie mogą zginąć, a świat jest brutalny. Co więcej, te kreatury nie są tylko tłem do romansowania na koniu. One mają swoją logikę, są powiązane z większym problemem, a atmosfera choroby i zepsucia, które rozprzestrzenia się po Turah, dodaje historii ciężaru.
“The only person who was always going to fight for me was me.”
A romans? No dobrze, wiem, po co tu wszyscy przyszli. Romans jest… naprawdę dobrze poprowadzony, choć oczywiście oparty na tym, co gatunek kocha najbardziej: napięcie, tajemnice, niedopowiedzenia, wkurzająca odmowa rozmowy, a potem nagły błysk bliskości i patrzenie sobie w oczy jakby to miało rozwiązać kryzys polityczny. Relacja Odessy z mężem (księciem Zavierem) jest chłodna, zdystansowana, pełna ciszy, która nie jest romantyczna, tylko frustrująca. I ta frustracja jest celowa. Bo prawdziwy ogień idzie w stronę Guardiana.
Najfajniejsze jest to, że chemia rośnie w tempie, które mogę nazwać uczciwym slow burn. To nie jest historia, gdzie po trzech spojrzeniach już padają wieczne przysięgi. Tu to się buduje przez wspólne zagrożenia, trening, drobne momenty, przez to, że oni powoli uczą się siebie. Nie znaczy to, że nie ma sztucznego cierpienia, bo jest. Dużo problemów mogłoby zostać rozwiązanych przez zwykłą rozmowę, i to pewnie dość krótką. Mamy ukrywanie prawdy, mamy niedopowiedzenia, które czasem wyglądają jak fabularny doping, żeby napięcie nie siadło. Ja to akceptuję w tym gatunku do pewnego stopnia, ale momentami przewracałam oczami bardzo mocno.
“I love you.” “Yes, you do. Don’t forget.”
Jednocześnie muszę przyznać coś, co jest dla mnie miarą sukcesu książki: po końcówce siedziałam kindlem w ręce i patrzyłam w ścianę, jakby to była moja osobista, polityczno – romantyczna, tragedia. Bo Perry zostawia czytelników z wieloma pytaniami, i to takimi, na które odpowiedź naprawdę chcę poznać. Są tajemnice dotyczące mechaniki świata, choroby, motywacji postaci. Oczywiście, jeśli czyta się dużo romantasy, to pewne wątki można przewidzieć, jednak autorka potrafi też dorzucić jeden element na sam koniec, który wbija szpilę w mózg i sprawia, że nagle masz ochotę natychmiast sięgnąć po drugi tom.
Czy Przymierze Wróbli jest perfekcyjne? Nie. Czy czasem mnie irytowało? Tak, zwłaszcza w środkowej części, kiedy tempo siada, a świat jest tłumaczony serią pytań i odpowiedzi. Czy są detale, które wyglądają na niedopracowane albo zostawione na później? Tak. Czy miejscami dialogi brzmią zbyt współcześnie jak na fantasy? Bywa. I czy Odessa potrafi być męcząca w swojej niezdarności i chaosie? Oj, potrafi, i to momentami aż za bardzo…
A jednak, mimo tych wszystkich „ale”, przy tej książce bawiłam się świetnie. Autorka ma wyczucie emocji, potrafi budować napięcie, potrafi pisać sceny akcji i daje bohaterce rozwój, który faktycznie czuć. Przymierze Wróbli to romantasy, które nie udaje, że jest czymś innym, a jednocześnie ma wystarczająco dużo charakteru, żeby nie zniknąć w tłumie podobnych tytułów. To była wyprawa pełna potworów, tajemnic i mężczyzn, którzy uważają, że milczenie jest cnotą… i niestety, działa to na mnie bardziej, niż powinnam przyznać.
Zobacz też: Keri Lake – Anathema – recenzja książki – top 2025 roku?
Więcej o książkach autorki – devneyperry.com/books



