Crimson Desert powstawało w bólach. Początkowo gra miała być fabularnym MMORPG, ale z czasem projekt przekształcono w pełnoprawne RPG akcji. Finalnie dostaliśmy ogromny świat, setki zadań i niewiarygodną liczbę sekretów do odkrycia. Skala robi kolosalne wrażenie, a całość potrafi wciągnąć nawet na 200–300 godzin. Tylko czy w przypadku Crimson Desert ilość idzie w parze z jakością? Zapraszam do recenzji wersji na PlayStation 5.
W Crimson Desert wcielamy się w Kliffa, przywódcę grupy najemników zwanych Szarogrzywymi, którzy toczą brutalny konflikt z konkurencyjną bandą. Gra zaczyna się mocnym uderzeniem, bo podczas kulminacyjnej potyczki główny bohater zostaje po prostu zaszlachtowany przez swojego najgroźniejszego przeciwnika. Zamiast jednak odejść tam, gdzie wilki mają wieczne polowanie, wraca do życia z misją ocalenia świata przed zagładą. Fabuła Crimson Desert to dziesiątki przeplatających się wątków, zarówno w głównej historii, jak i w zadaniach pobocznych. Z jednej strony mamy tajemniczą pustkę zawieszoną wysoko nad światem gry, z drugiej prywatne sprawy bohaterów i wreszcie zwykłą robotę najemnika, czyli pomaganie lokalnej ludności.

Zadań jest tu naprawdę mnóstwo i są bardzo nierówne. Niektóre okazują się szybkie i proste, inne wyglądają, jakby powstały w pośpiechu i bez większego pomysłu, ale większość z nich jest zwyczajnie ciekawa. Co ważne, ukończenie większych misji często odblokowuje kolejne, będące konsekwencją naszych wcześniejszych działań. Dzięki temu świat gry zmienia się razem z nami, a my rozwijamy się wraz z nim. Finalnie fabułę oceniam bardzo dobrze. Czasami traci tempo, choćby wtedy, gdy musi wprowadzić nowe mechaniki za pomocą specjalnych zadań, a tych jest naprawdę dużo. Z drugiej strony bez nich nie ruszymy dalej, więc da się to zrozumieć. Doceniam też fakt, że praktycznie każde zadanie ma własne scenki oraz sensownie napisane dialogi. Do tego wiele misji nagradza nas unikalnymi przedmiotami, a wykonanie odpowiedniej liczby zadań dla różnych grup potrafi odblokować ukryte questy, w których dostajemy wyjątkowe nagrody, jak rzadki ekwipunek czy nawet wierzchowca. To daje dużo satysfakcji.

Crimson Desert jest ogromnym RPG, w którym kierujemy nie tylko krokami głównego bohatera, ale również innych postaci, które do niego dołączają. I właśnie to jest jeden z elementów, który kompletnie mi nie siadł. Nie czuję potrzeby grania dwiema dodatkowymi postaciami, na które możemy się swobodnie przełączać. Nie widzę też większego sensu, by w grze tak mocno osadzonej wokół Kliffa nagle oddawać nam kontrolę nad kimś innym. Towarzysze mają własne mechaniki, osobne drzewka rozwoju oraz unikalne bronie, z których mogą korzystać, a my możemy przejmować nad nimi kontrolę zamiast sterować Kliffem. Nie rozumiem tego rozwiązania i szczerze mówiąc, dużo bardziej pasowałaby mi tutaj klasyczna gra drużynowa, w której kompani po prostu podróżują z nami, a my przełączamy się między nimi w trakcie walki lub konkretnych sytuacji. Obecnie wygląda to tak, jakby twórcy dorzucili dodatkowych protagonistów trochę na siłę.

Sama rozgrywka w Crimson Desert potrafi jednak wciągnąć na długie godziny, bo świat gry jest ogromny i piekielnie różnorodny. Wszędzie poukrywano sekrety, na drogach czekają forty zajęte przez bandytów, a do tego dochodzą dziesiątki aktywności pobocznych. Gra oferuje około 200 godzin intensywnej zabawy i nie ma żadnej gwarancji, że w tym czasie odkryjecie wszystko. Jasne, nie każda aktywność jest równie dobra i nie każda została równie dobrze zaprojektowana, ale trzeba oddać twórcom jedno: niczego nie wciskają nam na siłę. To od nas zależy, czy chcemy polować na bandytów, kraść wozy i odwozić je do pasera, łowić ryby czy może siedzieć w kantynie i grać w karty. Do tego dochodzą większe projekty, jak choćby odbudowa obozu Szarogrzywych, który z czasem staje się naszą bazą wypadową. Osoby lubiące bardziej spokojne aktywności mogą nawet urządzać własny dom w pobliżu obozu. Kolejne systemy i atrakcje odkrywamy podczas następnych zadań fabularnych i pobocznych, choć część z nich można znaleźć też zupełnie przypadkiem. I właśnie za tę swobodę Crimson Desert naprawdę warto pochwalić.
Bardzo ważnym elementem Crimson Desert jest walka, która wypada zaskakująco specyficznie jak na ten gatunek. Z jednej strony potrafimy samotnie walczyć z dziesiątkami przeciwników naraz, próbując odbić jakiś punkt przejęty przez wrogie organizacje. W takich momentach gra przypomina solidnego slashera w stylu Devil May Cry czy Darksiders, gdzie siejemy zniszczenie szerokimi, widowiskowymi atakami. Z drugiej strony czekają nas też dziesiątki bossów, z których każdy ma własne mechaniki i wymusza zupełnie inne podejście. Wtedy trzeba uważnie obserwować ruchy przeciwnika, robić uniki, parować i korzystać z konkretnych sztuczek. Gra ma przy tym mnóstwo ukrytych zależności i mechanizmów, przez co czasem odpowiednie wykorzystanie jednej z nich sprawia, że dany przeciwnik staje się dużo prostszy do pokonania. Dobrym przykładem jest boss o nazwie Szkarłatna Mgła, którego praktycznie nie da się sensownie pokonać zwykłymi atakami, ale wystarczy oślepić go błyskiem miecza, by nagle walka zaczęła wyglądać zupełnie inaczej. Bossowie są niesamowicie nierówni, niektóre walki są fantastyczne i zapadają w pamięć, a inne są bardzo przekombinowane i w zasadzie ciężko zrozumieć, co mamy zrobić.

System rozwoju bohatera w Crimson Desert to coś, co wyjątkowo przypadło mi do gustu. Nie ma tutaj klasycznego zdobywania poziomów doświadczenia. Kliff od samego początku jest kozakiem i mistrzem walki, więc rozwój nie polega na nabijaniu cyferek, tylko na wykonywaniu wyzwań i zbieraniu tak zwanych artefaktów otchłani, za pomocą których odblokowujemy nowe zdolności związane z mocami bohatera. Do tego podczas zadań głównych i pobocznych uczymy się kolejnych umiejętności, choćby przez obserwowanie stylu walki bossów. Wreszcie samo wykonywanie questów daje nam dostęp do nowych przedmiotów i mechanik, które realnie przydają się podczas zabawy. Można więc powiedzieć, że w Crimson Desert nie rozwijamy bohatera w klasyczny sposób, tylko poszerzamy jego relacje, wiedzę i zrozumienie świata, a to bezpośrednio przekłada się na nasze możliwości. To bardzo świeże i oryginalne podejście, bo z jednej strony nie gonimy za paskiem postępu, a z drugiej cały czas czujemy, że nasza postać staje się coraz potężniejsza.
Niestety Crimson Desert nie jest grą w pełni dopracowaną. Oprócz wspomnianych wcześniej elementów nie przypadło mi do gustu sterowanie, bo zbyt wiele różnych akcji przypisano do jednego przycisku. Ta sama komenda odpowiada za używanie przedmiotów, skakanie, a czasem nawet wchodzenie na konia, więc regularnie zdarzało mi się przeskakiwać nad czymś, co chciałem podnieść. Do tego gra sprawia wrażenie, jakby miała jakiś wewnętrzny lag, przez który szybkie wykonywanie akcji jedna po drugiej czasem nie rejestruje któregoś polecenia. Mój ulubiony sposób podróżowania to skok i trzykrotne użycie umiejętności pięści wiatru, która wybija bohatera jeszcze wyżej. Problem w tym, że czasami między skokiem a aktywacją zdolności gra zwyczajnie nie łapie komendy, przez co Kliff zamiast wzbić się w górę, wykonuje szarżę do przodu. Do tego aktywności są bardzo nierówne. Dotyczy to nie tylko zadań, ale też zagadek i wyzwań środowiskowych. Niektóre są naprawdę pomysłowe, inne zbyt proste, jeszcze inne przekombinowane do tego stopnia, że bez poradnika trudno zrozumieć, co autor miał na myśli. Są też błędy typowe dla nowych, ogromnych produkcji. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że twórcy reagują szybko, regularnie poprawiają niedoróbki i dorzucają nowe funkcje. Już po premierze dodano skalowanie poziomu trudności z poziomu menu oraz możliwość powtarzania walk z bossami, czego w dniu debiutu po prostu nie było.

Crimson Desert to gra, która naprawdę mnie zaskoczyła i szczerze mówiąc, nawet dziś, kiedy wreszcie usiadłem do napisania tej recenzji, nadal nie mam jej do końca poukładanej w głowie. Nie zmienia to jednak faktu, że niemal każdego dnia siadałem do niej podekscytowany tym, co nowego odkryję. W Crimson Desert gra się trochę jak w Skyrim, gdzie każda jaskinia i każdy dom potrafią skrywać coś innego, a trochę jak w Red Dead Redemption 2, gdzie liczba mechanik jest momentami wręcz przytłaczająca i połowy z nich pewnie nigdy nie użyjesz. Finalnie to dla mnie prawdopodobnie najlepsza gra na 7/10, w jaką grałem w życiu, no może poza pierwszym Gothikiem w dniu premiery. Crimson Desert daje ogromną wolność zabawy i eksperymentowania z bardzo różnymi mechanikami. W sieci już teraz krążą setki filmików pokazujących kompletnie szalone, ale działające pomysły, jak pokonanie bossa przy pomocy roju złapanych pszczół czy smażenie dziesiątek kawałków mięsa na potężnym ognistym artefakcie, który teoretycznie służy do czegoś zupełnie innego. Do tego twórcy cały czas rozwijają grę, więc ze względu na jej rozmiar i tempo zmian sam długo nie wiedziałem, kiedy w ogóle jest dobry moment, by tę recenzję napisać. Ciągle odkrywałem coś nowego, a błędy i problemy, o których chciałem wspominać, po prostu znikały po kolejnych aktualizacjach. Bardzo możliwe więc, że ten tekst częściowo zdezaktualizuje się w najbliższych miesiącach i niewykluczone, że kiedyś powstanie druga recenzja. Na dziś Crimson Desert to nierówna, ale piekielnie pamiętna przygoda i zdecydowanie jedna z tych gier, o których długo się nie zapomina.
Crimson Desert możesz kupić w naszym Sklepie z Grami
Podsumowanie
Pros
- Dziesiątki questów z własną narracją
- Świetny system walki, który rozwija się w trakcie gry
- Oryginalny system rozwoju bohatera
Cons
- Problematyczne sterowanie, sporo akcji pod jednym przyciskiem
- Po co są tutaj dodatkowi bohaterowie?



