Helen Scheuerer – Blood & Steel – recenzja książki


Blood & Steel Helen Scheuerer to pierwszy tom serii The Legends of Thezmarr, czyli romantasy z wojowniczką, brutalnym treningiem, śmiertelnym proroctwem i romansem, który oczywiście nie może być zbyt oczywisty, bo gdzie byłaby wtedy zabawa?

Blood & Steel autorstwa Helen Scheuerer brzmi jak książka stworzona według przepisu, który BookTok powinien mieć oprawiony w ramkę i powieszony nad biurkiem. Mamy bohaterkę, która od dziecka marzy o zostaniu wojowniczką. Mamy świat, w którym kobiety nie mogą nosić broni, bo dawno temu ktoś uznał, że najlepszą odpowiedzią na proroctwo jest systemowy seksizm, co zawsze kończy się świetnie, prawda? Mamy też tajemniczą magię, potwory przedzierające się przez osłabioną zasłonę między światami, brutalne szkolenie, próbę inicjacyjną, znalezioną rodzinę i ponurego wojownika, który wygląda, jakby emocje uznawał za osobistą zniewagę.

Innymi słowy: pełen pakiet romantasy. I wiecie co? Ten pakiet działa. Nie zawsze subtelnie, nie zawsze zaskakująco, czasami z gracją rozpędzonego konia wpadającego do sali tronowej, ale działa.

Blood & Steel

Główną bohaterką jest Althea Zoltaire, nazywana Theą. Dziewczyna od lat wie, że ma przed sobą ograniczony czas. Kamień przeznaczenia wskazał, że umrze w wieku dwudziestu siedmiu lat, więc Thea, mając dwadzieścia cztery lata, dochodzi do bardzo rozsądnego wniosku: skoro zostały jej trzy lata życia, to nie zamierza spędzić ich na grzecznym przestrzeganiu zasad wymyślonych przez mężczyzn, którzy boją się cienia własnego proroctwa. Chce zostać wojowniczką. Nie jakąkolwiek wojowniczką, tylko legendą Thezmarru. Problem polega na tym, że w tym świecie kobiety nie mogą władać ostrzem. Po mrocznej przepowiedni i wydarzeniach z przeszłości uznano, że najbezpieczniej będzie odsunąć kobiety od walki i skierować je do alchemii. Thea oficjalnie powinna więc szkolić się jako alchemiczka, tak jak jej siostra Wren. Nieoficjalnie od lat trenuje po kryjomu, podgląda lekcje walki, ćwiczy refleks i zachowuje się dokładnie tak, jak osoba, której zabroniono robić jedyną rzecz, która nadaje jej życiu sens.

I to jest jeden z najmocniejszych elementów tej książki. Thea ma jasny cel. Nie jest bohaterką, która przypadkiem potyka się o przeznaczenie, wpada twarzą w magiczną tajemnicę i przez pół tomu powtarza, że ona naprawdę chce tylko normalnego życia. Nie. Thea wie, czego chce. Chce miecza, chce szkolenia, chce prawa do walki i chce udowodnić wszystkim, że płeć nie decyduje o tym, kto może stanąć na polu bitwy. Jest uparta, zdeterminowana i momentami tak skupiona na swoim celu, że człowiek ma ochotę podsunąć jej herbatę z melisy i powiedzieć, żeby odetchnęła, ale to właśnie ta determinacja sprawia, że łatwo jej kibicować. Nawet wtedy, gdy Thea popełnia błędy. Zwłaszcza wtedy.

Helen Scheuerer dobrze wykorzystuje motyw świata ustawionego przeciwko bohaterce. Zakaz walki nie jest tutaj tylko dekoracją, która ma nadać książce feministyczny posmak i ładnie wyglądać w opisie. On realnie wpływa na życie Thei, jej relacje, szanse, sposób, w jaki patrzą na nią inni. Gdy zostaje przyłapana z bronią, nie chodzi tylko o małe złamanie regulaminu. To potencjalny koniec wszystkiego, o co walczyła. Autorka całkiem sprawnie pokazuje, że system nie musi być szczególnie finezyjny, żeby niszczyć ludzi. Wystarczy, że przez lata powtarza im, gdzie jest ich miejsce.

Blood & Steel

Na scenę dość szybko wchodzi Wilder Hawthorne, czyli wojownik znany jako Hand of Death (zobaczymy jak zostanie przetłumaczone w języku polskim). Już sam przydomek brzmi tak, jakby postać miała pojawić się w kłębach dymu, powiedzieć trzy chłodne zdania i zostawić za sobą pół sali w emocjonalnej ruinie. Wilder jest jednym z ostatnich Warswordów – młodym, legendarnym, niebezpiecznym i oczywiście zamkniętym w sobie. Klasyka gatunku. Gdyby romantasy miało urząd pracy, Wilder stałby w kolejce do okienka z podpisem „ponury mentor z tragiczną przeszłością i miękkim sercem ukrytym pod pancerzem”. Czy to coś nowego? Nie bardzo. Czy działa? W większości tak.

Relacja Thei i Wildera opiera się na dobrze znanym schemacie: ona jest uparta, on jest zdystansowany; ona chce trenować, on uważa, że to zły pomysł; ona próbuje przebić się przez jego mur, on odpowiada półzdaniami, bo najwyraźniej pełne komunikaty mogłyby go zabić. Na szczęście Scheuerer nie wrzuca ich od razu w wielką miłość, która po dwóch spojrzeniach ma zmieniać bieg historii. Jest napięcie, są tarcia, jest irytacja i powolne przesuwanie granic. To romans typu slow burn, choć iskry pojawiają się szybko i nie ma sensu udawać, że ktokolwiek jest zaskoczony kierunkiem tej relacji.

A true man won’t cut you down as you fight your battles, nor will he fight them for you. A true man will help sharpen your sword, guard your back and fight at your side, in the face of whatever darkness comes.

Najlepiej wypadają te momenty, w których Wilder i Thea nie tylko na siebie reagują, ale faktycznie się od siebie uczą. On zaczyna widzieć w niej coś więcej niż problem do opanowania. Ona dostrzega, że bycie wojownikiem to nie tylko efektowne machanie mieczem, ale też dyscyplina, wiedza, odpowiedzialność i umiejętność przetrwania wtedy, gdy pole bitwy przestaje wyglądać romantycznie. To ważne, bo Blood & Steel mogłoby łatwo skręcić w historię o dziewczynie, która jest wyjątkowa, więc wszystko przychodzi jej naturalnie. Na szczęście Thea dostaje po głowie. Dosłownie i metaforycznie. Musi trenować, znosić upokorzenia, ryzykować i ciągle udowadniać, że zasłużyła na miejsce, którego od początku jej odmawiano.

Czy Thea jest idealną bohaterką? Nie. Bywa jednowymiarowa w swoim uporze, czasem zachowuje się młodziej, niż wskazywałby jej wiek, ale wolę bohaterkę z nadmiarem celu niż taką, która przez pół książki czeka, aż fabuła podejmie decyzję za nią. Thea przynajmniej idzie. Potyka się, dostaje ciosy, czasem irytuje, ale idzie. Wilder również nie jest odkryciem na miarę nowej epoki literatury. To ponury, kompetentny, zamknięty w sobie wojownik, jakich romantasy zna wielu. Różnica polega na tym, że w tej historii spełnia swoją funkcję dobrze. Jest przeszkodą, wsparciem, źródłem napięcia i fragmentem większej tajemnicy. Chciałabym tylko, żeby w kolejnych tomach autorka mocniej rozbroiła jego postać, bo na razie wciąż stoi trochę z boku, owinięty sekretami dla podtrzymania klimatu.

You will come to learn that most things to be feared exist in life, not in death

Świat Thezmarru ma w sobie sporo potencjału. Pięć królestw, osłabiona zasłona chroniąca ludzi przed potworami, elitarni wojownicy, alchemia, zakazana magia, polityka i proroctwo o kobiecie, która może sprowadzić katastrofę. Brzmi dobrze i przez większość czasu czyta się to bardzo sprawnie. Nie jest to może budowanie świata, które wywraca gatunek na drugą stronę i każe robić notatki na osobnej kartce, ale ma wystarczająco dużo konkretu, żeby historia nie wisiała w próżni. Autorka nie zasypuje czytelnika encyklopedią, za co jestem wdzięczna, bo naprawdę nie każda książka fantasy musi zaczynać się od wykładu o podatkach w trzech królestwach i historii lokalnego systemu kanalizacji.

Z drugiej strony, nie wszystko jest tu idealnie wyważone. Niektóre rozwiązania fabularne są wygodne, nawet bardzo wygodne. Tak wygodne, że niemal słychać, jak fabuła każe Theii stanąć dokładnie w tym konkretnym miejscu i odkryć dokładnie tę rzecz. Kilka zwrotów akcji można przewidzieć z dużym wyprzedzeniem, a wątek magii jest prowadzony tak ostentacyjnie, że trudno traktować go jako wielką tajemnicę. To trochę tak, jakby książka przez większość czasu wskazywała banner z podpisem „SEKRET”, a potem oczekiwała zdziwienia, gdy tenże sekret w końcu zostaje nazwany.

Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, bo Blood & Steel nadrabia tempem i energią. To spora książka, ale czyta się ją szybko. Rozdziały mają w sobie ten przyjemny rytm, który sprawia, że człowiek ma już kończyć, a potem okazuje się, że jest już późno, oczy pieką, a rozsądek przegrał z fikcyjnymi wojownikami. Scheuerer umie pisać sceny treningów, potyczek i napięcia między bohaterami w sposób lekki, obrazowy i angażujący. Akcja nie zawsze jest zaskakująca, ale rzadko stoi w miejscu.

Blood & Steel

Największy zarzut mam chyba do tego, że Blood & Steel momentami aż za bardzo spełnia wszystkie oczekiwania romantasy. Silna bohaterka? Jest. Zakazany trening? Jest. Ponury mentor? Obecny, oczywiście w pakiecie z tajemniczą przeszłością. Found family? Proszę bardzo. Próby, potwory, proroctwo, magiczne dziedzictwo, napięcie seksualne, polityczne sekrety? Wszystko leży na stole, starannie opisane i gotowe do użycia. Dla osób, które kochają ten zestaw, będzie to ogromny plus. Dla tych, które przeczytały już sporo podobnych książek, może pojawić się lekkie poczucie, że znamy tę melodię, tylko tym razem ktoś gra ją na trochę innym instrumencie.

Mimo to Blood & Steel nie jest pustą kalką. Ma serce. Ma bohaterkę, której ambicja faktycznie niesie fabułę. Ma relacje, które potrafią ocieplić nawet najbardziej znajome schematy. Ma też finał, który dobrze ustawia dalszą część serii i sprawia, że człowiek chce wiedzieć, co będzie dalej. Nie dlatego, że autorka sztucznie urwała historię w połowie zdania, tylko dlatego, że otworzyła kilka ciekawych drzwi i bardzo bezczelnie zostawiła nas przed progiem.

Blood & Steel

Blood & Steel to bardzo solidny początek serii, który nie udaje, że wynalazł romantasy od nowa, ale sprawnie wykorzystuje to, co w tym gatunku działa najlepiej. Są miecze, są potwory, jest magia, jest zakazane pragnienie, są treningi i jest bohaterka, która nie zamierza przepraszać za to, że chce czegoś więcej niż roli wyznaczonej jej przez przestraszonych mężczyzn. Nie jest to książka bez wad. Bywa przewidywalna, czasami zbyt wygodna fabularnie, a kilka tajemnic mogłoby być poprowadzonych z większą subtelnością, ale jeśli szukacie wciągającej romantasy z wojowniczą bohaterką, ponurym mentorem, slow burn romansem i światem, w którym proroctwa znowu robią wszystkim bałagan w życiu, Blood & Steel prawdopodobnie da Wam dokładnie to, po co przyszłyście.

Czy warto przeczytać? Tak, szczególnie jeśli lubicie klimaty w stylu Fourth Wing bez smoków, z większym naciskiem na trening, miecze i wojowniczą hierarchię. Nie nastawiałabym się na coś absolutnie świeżego, lecz jako romantasy do pochłonięcia w kilka wieczorów (albo jeden) sprawdza się naprawdę dobrze. Niestety ma ten najbardziej zdradliwy rodzaj zakończenia: człowiek widzi wady, notuje sobie w głowie wszystkie przewidywalne rozwiązania, kręci nosem na kilka wygodnych zbiegów okoliczności… po czym i tak sprawdza, kiedy może sięgnąć po kolejny tom.

Zobacz też: Devney Perry – Rytuał szpaków. Recenzja książki

Więcej o autorce: helenscheuerer.com

Poprzednio Gothic Remake – Ulu-Mulu. Jak znaleźć i pokonać wielkie potwory?
To jest najnowszy artykuł.