Devney Perry – Rytuał szpaków. Recenzja książki


Rytuał szpaków

Rytuał szpaków Devney Perry to drugi tom popularnego cyklu Shield of Sparrows. Czy kontynuacja utrzymała poziom pierwszej części, czy dopadła ją klątwa drugiego tomu?

Rytuał szpaków Devney Perry, drugi tom cyklu Shield of Sparrows, jest kontynuacją, która próbuje jednocześnie rozwinąć świat, pogłębić relacje bohaterów i podkręcić stawkę, co udaje się… z różnym skutkiem. To historia pełna podróży, nerwów i emocjonalnego bagażu po wydarzeniach z pierwszej części, gdzie bohaterowie mierzą się nie tylko z zagrożeniami zewnętrznymi, ale też z tym, co noszą w sobie. I choć nie wszystko zagrało tu idealnie, trudno odmówić tej książce jednego: potrafi wciągnąć na tyle, że mimo potknięć chce się iść dalej.

Muszę od razu zaznaczyć, że Rytuał szpaków nie jest książką do czytania na ślepo. To drugi tom i moim zdaniem nie ma większego sensu zaczynać od niego przygody z tym światem. Devney Perry wraca do wydarzeń praktycznie od razu po finale Przymierza wróbli, bez wielkiego trzymania czytelniczki za rękę i bez eleganckiego streszczenia wszystkiego, co działo się wcześniej. Czy pamiętałam każdy detal? Oczywiście, że nie. Czy przez pierwsze rozdziały czułam się chwilami jak ktoś, kto wszedł do kina po przerwie i próbuje udawać, że wszystko rozumie? Trochę tak, ale po chwili świat znowu zaczął się układać, a ja wróciłam do Odessy, Ransoma, Evie i całego tego pięknego, niebezpiecznego bałaganu.

Po dramatycznych wydarzeniach z końcówki pierwszego tomu Odessa została oddzielona od Ransoma, czyli od mężczyzny, który w poprzedniej części zdążył całkiem skutecznie zawłaszczyć jej serce, a przy okazji pewnie serca połowy czytelniczek. Tym razem Odessa musiała radzić sobie bez niego, za to z Evie i Faze’em, czyli duetem, który momentami był ciekawszy niż dorośli podejmujący bardzo dorosłe, bardzo nierozsądne decyzje. I tu od razu powiem: podobało mi się, że bohaterka musiała przestać być osobą prowadzoną przez innych. W pierwszym tomie często była wrzucana w sytuacje, których nie rozumiała, i próbowała przetrwać. Tutaj coraz częściej była zmuszona samodzielnie decydować i brać odpowiedzialność. Jej przemiana nie była nagła, tylko wynikała z doświadczeń, strachu i konieczności. To akurat bardzo mi się spodobało.

Rytuał szpaków

Bohaterka była silniejsza, bardziej świadoma i mniej skłonna do bycia czyimś pionkiem. Podobało mi się to, że jej rozwój nie polegał na tym, że nagle stała się niepokonaną wojowniczką z gotową ripostą na każdą okazję. Dalej bywała przestraszona, zmęczona, zraniona i zagubiona, ale w tym wszystkim zaczynała rozumieć, że siła fizyczna nie zawsze najważniejsza. Szczerze mówiąc, ten rodzaj siły był mi dużo bliższy niż kolejna bohaterka, która po trzech treningach rzuca wszystkich na kolana.

Niestety, zanim Rytuał szpaków naprawdę się rozpędził, trzeba było przebrnąć przez pierwszą połowę, która była… no cóż, dość nużąca. Było dużo podróży, dużo przystanków, dużo nowych informacji i jeszcze więcej pytań, które przez długi czas pozostawały bez odpowiedzi. Rozumiem, że to środkowy tom trylogii i trzeba było rozbudować świat, poprzestawiać elementy na planszy i przygotować grunt pod finał, tylko że momentami miałam wrażenie, że ten grunt jest przygotowywany łopatką do piaskownicy, bardzo dokładnie, garstka po garstce. Niby wszystko nabrało sensu później, ale w trakcie czytania chwilami zastanawiałam się, czy naprawdę musimy jeszcze raz iść przez kolejne miejsce, spotkać kolejnych ludzi, odkryć kolejny fragment układanki.

Największym ryzykiem tej książki było wprowadzenie drugiej, bardzo rozbudowanej linii fabularnej z Caspią i Andreasem. Przyznam uczciwie: na początku nie byłam zachwycona. Przyszłam tu po Odessę i Ransoma, po emocje z pierwszego tomu oraz kontynuację relacji, która urzekła mnie wcześniej, a tu nagle dostałam nowych bohaterów i historię, która przez dłuższy czas wyglądała trochę jak osobna książka wetknięta w środek tej właściwej. Chciałam wiedzieć, co z Odessą, co z Ransomem, jak rozwinie się główny konflikt, a tu nagle musiałam „odkrywać” inną kobietę, nowe miejsce, dziwną historię i kolejną romantyczną relację. Przez pierwszą połowę książki czułam lekką irytację za każdym razem, gdy narracja skręcała stronę Caspii.

Rytuał szpaków

Potem autorka zaczęła wiązać te nici i nagle zrobiło mi się głupio, bo okazało się, że struktura książki miała sens. Caspia nie była przypadkowym dodatkiem ani sposobem na napompowanie objętości książki. Jej historia z czasem zaczęła odbijać się w historii Odessy, dopowiadać rzeczy, których brakowało wcześniej, i nadawać ciężar temu, co działo się w teraźniejszości. Kiedy poszczególne elementy zaczęły wskakiwać na swoje miejsca, poczułam tę specyficzną czytelniczą satysfakcję. To było naprawdę dobre. Lubię, gdy autor nie tylko rzuca tajemnice dla samego udawania, że jest głęboko, ale faktycznie prowadzi czytelnika do momentu, w którym wcześniejsze sceny zyskują nowe znaczenie.

Świat Calandry został w tym tomie rozbudowany znacznie mocniej. Było więcej historii, informacji o królestwach, o rytuałach, o potworach, o przeszłości i o tym, co tak naprawdę może grozić całemu światu. Podobało mi się, że potwory nie były tylko przeszkodami do zabicia w efektownych scenach. Perry nadal próbowała pokazać, że za tym, co ludzie nazywają potwornością, często kryje się coś bardziej skomplikowanego.

Mam jednak wrażenie, że przy całej tej rozbudowie świata autorka czasem lekko gubiła klarowność. Były momenty, w których Rytuał szpaków wrzucał dużo nazw, politycznych zależności i tajemnic, a mój mózg odkładał część informacji „na później”. Faktycznie, wiele rzeczy później zaskakiwało na miejsce, ale nie zmienia to faktu, że w trakcie czytania można było poczuć się lekko przeciążoną. To nie była książka, którą czytałam beztrosko, myśląc o niczym. Tu trzeba było uważać, bo drobiazgi miały znaczenie.

W drugiej połowie, gdy tempo wzrosło, a połączenia między historiami zaczęły się ujawniać, Rytuał szpaków nabrał prawdziwej energii. Wtedy wcześniejsze wolniejsze fragmenty zaczęły wyglądać mniej jak przeciąganie, a bardziej jak rozstawianie pułapek. Emocje były intensywniejsze, stawka wyraźniejsza, a finał naprawdę mnie dotknął. Devney Perry umie pisać zakończenia, które zostawiają czytelnika z poczuciem, że właśnie ktoś zabrał jej spokój i odda go dopiero przy kolejnym tomie. Bardzo miło z jej strony, naprawdę. To tylko kilka miesięcy z długą, rosnącą listą pytań bez odpowiedzi…

Rytuał szpaków

Cliffhanger był bolesny, ale nie w tani sposób. To nie było zakończenie wrzucone tylko po to, żeby zmusić mnie do sięgnięcia po następny tom. Ono miało ciężar, sens i ten irytujący efekt, po którym zaczęłam w głowie przewijać wcześniejsze sceny i zastanawiać się, co teraz znaczą. Lubię takie finały, choć oczywiście wolałabym mieć trzeci tom natychmiast pod ręką, bo moja cierpliwość jest znikoma.

Rytuał szpaków oceniam na 4 na 5 gwiazdek. To nie była idealna kontynuacja, bo pierwsza połowa chwilami się ciągnęła, rozdziały Caspii początkowo wybijały mnie z rytmu, a brak Ransoma przez sporą część książki był dla mnie odczuwalny. Czasem czułam, że książka prosi mnie o dużo cierpliwości, zanim pokaże, po co to wszystko. Z drugiej strony, kiedy już pokazała, to zrobiła to naprawdę dobrze. To był solidny, emocjonalny, miejscami bardzo mocny drugi tom, który może i zahaczył o klasyczne problemy środkowej części trylogii, ale ostatecznie wyszedł z tego zwycięsko. Nie jest to książka dla osób, które chcą szybkiej akcji od pierwszej do ostatniej strony i romansu na każdym kroku. To raczej opowieść o podróży i systematycznym odkrywaniu prawdy.

Zobacz też: City of Gods and Monsters – Kayla Edwards – recenzja nadchodzącej książki

Więcej o autorce – devneyperry.com

Poprzednio Gothic Remake – magia, kręgi magii i najlepsze czary. Czy warto grać magiem?
Następny Jak krach na rynku skinów CS2 w 2025 roku na zawsze zmienił otwieranie skrzynek