City of Gods and Monsters – Kayla Edwards – recenzja nadchodzącej książki


City of Gods and Monsters - bigbaddice

City of Gods and Monsters Kayli Edwards to urban fantasy z romansem, demonami, łowcami nagród i bohaterką, która bardzo chciałaby być zwyczajna, ale świat ma wobec niej inne plany. Czy pierwszy tom serii faktycznie zasługuje na uwagę fanek romantasy, czy raczej jest kolejną cegłą pełną znajomych motywów, które działają tylko wtedy, gdy mamy do nich wyjątkowo dużo cierpliwości.

City of Gods and Monsters Kayli Edwards było jedną z tych książek, przy których bardzo szybko zrozumiałam dwie rzeczy. Po pierwsze: autorka miała ambicję stworzyć wielki, mroczny, miejski świat fantasy z romansem, tajemnicą, demonami, łowcami nagród i magiczną polityką, bo najwyraźniej jedna rzecz naraz byłaby zbyt rozsądna. Po drugie: ta książka jest ogromna. Nie „trochę długa”, nawet nie „solidna cegiełka”, tylko taka cegła, którą można spokojnie podeprzeć drzwi albo użyć do samoobrony, gdyby po domu kręcił się jakiś demon z problemami emocjonalnymi.

Mimo że momentami miałam ochotę powiedzieć bohaterom, żeby może jednak usiedli, wzięli łyk wody i przestali komplikować sobie życie dla sportu, to bawiłam się całkiem dobrze. Nie idealnie, nie bez zarzutów, ale dobrze. City of Gods and Monsters miało dużo rzeczy, które mi się podobały, ale miało też sporo takich, przy których mój wewnętrzny czytelniczy gremlin teatralnie przewracał oczami.

city of gods and monsters

Akcja City of Gods and Monsters rozgrywa się w Angelthene – mieście, w którym człowiek jest właściwie najniżej w łańcuchu pokarmowym. Wampiry, wilkołaki, wiedźmy, demony, nadnaturalni łowcy i cała reszta magicznej menażerii mają tu swoje zasady, hierarchie i problemy. Loren Calla była natomiast zwykłą ludzką dziewczyną. Nie była super-zabójczynią ukrytą pod sweterkiem, nie rzucała zaklęć z rękawa i nie wchodziła do klubu pełnego potworów z nastawieniem na walkę. Była za to bardziej krucha, czasem zagubiona i bardzo ludzka. To działało, bo jej strach miał sens.

Problem zaczął się wtedy, gdy ta zwyczajność była przeciągana w stronę klasycznego powodu do bycia ściganą. Bohaterka jest zwykła, absolutnie zwykła, najbardziej zwykła na świecie, a potem okazuje się, że pół miasta, pradawne stowarzyszenia i kilku niebezpiecznych mężczyzn z tatuażami akurat bardzo potrzebują jej do zagłady albo zbawienia świata. Ja to lubię, naprawdę, tylko tutaj chwilami czułam, że Loren była bardziej tajemnicą do rozwiązania niż pełną bohaterką z własną osobowością. Miała dobre momenty, miała serce, miała lojalność wobec przyjaciół, ale bywała też frustrująca. Nie dlatego, że się bała, bo akurat bać się w jej sytuacji było jak najbardziej rozsądnie. Bardziej dlatego, że czasem jej decyzje wyglądały jak zapisane specjalnie po to, żeby fabuła mogła się jeszcze bardziej zaplątać.

Punktem zapalnym całej historii było porwanie przyjaciółki Loren. Dziewczyna miała zostać uprowadzona, ale ostatecznie ktoś inny zapłacił cenę, a Loren musiała zmierzyć się z poczuciem winy oraz pytaniem, dlaczego właściwie ktoś polował właśnie na nią. Wtedy na scenę wszedł Darien Cassel, czyli mroczny, niebezpieczny, niezwykle kompetentny łowca i lider Siedmiu Diabłów. Innymi słowy, dokładnie taki bohater, jakiego można było się spodziewać po urban fantasy romance: zabójczo skuteczny, emocjonalnie uszkodzony, piękny w ten nieszczęśliwy sposób i oczywiście posiadający moralną szarość w ilości hurtowej.

Sweetheart, I am not a devil. I am the devil. Don’t start getting the wrong idea.

To więc oczywiste, że Darien był zdecydowanie jednym z największych atutów City of Gods and Monsters. Podobało mi się, że był ochroniarzem Loren nie tylko w nachalnym, dotknij jej, a zginiesz stylu, chociaż tego też oczywiście nie brakowało, bo gatunek ma swoje prawa i widocznie ktoś musi co kilka rozdziałów emanować groźbą. Darien był interesujący głównie wtedy, gdy jego brutalność zderzała się z ostrożnością wobec Loren. Nie jest tylko niebezpiecznym facetem z ładną buźką. To ktoś, kto ma za sobą naprawdę trudną przeszłość, boi się własnych reakcji, ale też próbuje funkcjonować w świecie, który nauczył go, że przemoc jest walutą.

Relacja Loren i Dariena była mocnym elementem książki, choć tu też miałam mieszane uczucia. Z jednej strony było między nimi przyciąganie, chemia, sceny opieki, ratowania, dochodzenia do zaufania i ten rodzaj emocjonalnego slow burnu, który potrafi przytrzymać przy książce nawet wtedy, gdy fabuła robi trzy okrążenia wokół własnej osi. Podobało mi się, że ich więź nie została zbudowana wyłącznie na natychmiastowej fascynacji. Jasne, od początku czuć było, że coś między nimi iskrzy, ale romans rozwijał się powoli i dawał im czas na poznanie się.

Z drugiej strony pierwsza połowa miała dziwną tendencję do ciągłego przypominania mi, że oni się sobie podobają. Bardzo. Intensywnie. Cieleśnie. Tak, zrozumiałam za pierwszym (za drugim i trzecim) razem, dziękuję. Momentami czułam się, jakbym czytała o dwójce ludzi, którzy próbują rozwiązać serię porwań i morderstw, ale ich hormony co chwilę wyskakiwały z kolejnym komunikatem prasowym. Co zabawne, później ten element na dłuższy czas przyhamował i wtedy romans zaczął mi się podobać bardziej. Gdy Kayla Edwards stawiała na zaufanie, troskę, wspólne ryzyko i emocjonalne otwieranie się, ta relacja naprawdę błyszczała. Gdy za mocno skręcała w obsesyjne napięcie fizyczne, miałam ochotę wysłać ich na spacer i kazać im porozmawiać jak dorośli.

city of gods and monsters

Świat Angelthene jest bardzo ciekawy. To mroczne, zatłoczone miasto pełne nadnaturalnych ras, gangów, układów, magii i społecznych nierówności miało świetny klimat. Podobało mi się, że ludzie nie byli tu centrum świata, tylko grupą słabszą, często lekceważoną i narażoną na niebezpieczeństwo. To dawało historii sensowną stawkę. Loren nie musiała być niezdarna, żeby być zagrożona. Wystarczyło, że była człowiekiem w mieście, które nie zostało zbudowane dla takich jak ona.

Magiczny system też miał potencjał. Darkslayerzy (przysięgam, czekam na polską wersję książki, żeby zobaczyć jak zostali przetłumaczeni), aury, choroby związane z magią, demony, tajemnicze organizacje, stare sekrety i eksperymenty składały się na świat, który chciałam poznawać dalej. Nie zawsze wszystko było podane na tacy, bo momentami miałam wrażenie, że autorka ma w głowie pięć tomów notatek, a ja dostałam do ręki mapę narysowaną w półmroku. Mimo to byłam zainteresowana. Lubiłam odkrywać kolejne warstwy intrygi i muszę przyznać, że główny wątek tajemnicy wciągnął mnie bardziej, niż się spodziewałam.

Problemem była długość. Ja naprawdę nie boję się grubych książek. Lubię, gdy świat ma czas odetchnąć, bohaterowie mogą się rozwinąć, a relacje nie wyglądają tak, że poznali się w poniedziałek, w środę umierają za siebie, a w piątek ratują królestwo. City of Gods and Monsters momentami sprawiało jednak wrażenie książki, która bardzo chciała wykorzystać każdą stronę, nawet jeśli nie każda była jej potrzebna. Środek bywał rozwlekły, niektóre sceny krążyły wokół tych samych emocji, a część dramatów opierała się na niedopowiedzeniach i nieporozumieniach. A nie ma nic bardziej romantycznego niż ludzie, którzy mogliby uniknąć cierpienia, gdyby użyli pełnych zdań przez pięć minut. Naprawdę, komunikacja. Polecam. Działa nawet w świecie demonów.

city of gods and monsters

Bohaterowie drugoplanowi są jedną z tych rzeczy, które miały potencjał na absolutne złoto. Seven Devils, Dallas, Sabrine, Logan i inni nadawali tej historii życia i dawali przyjemny klimat found family. Lubiłam ich dynamikę, docinki, lojalność i to, że wokół Loren i Dariena istniał szerszy krąg postaci. Tylko znowu: chciałam więcej. Przy takiej objętości książki spodziewałam się, że część z nich dostanie większe pole do popisu i bardziej wyraziste wątki. Tymczasem niektórzy zostali raczej obietnicą na przyszłość niż w pełni wykorzystanym elementem tej części. Rozumiem, że to pierwszy tom serii i trzeba zostawić coś na później, ale gdy książka ma rozmiar małego chodnika, można było wygospodarować trochę więcej miejsca dla ekipy.

Nie mogę też udawać, że nie rozumiem porównań do innych popularnych serii romantasy. City of Gods and Monsters miało klimat, który momentami bardzo przypominał znane schematy z ostatnich lat: wielkie miasto, magia, śledztwo, mroczny ukochany, tajemnica pochodzenia bohaterki, found family, dramatyczne finały, dużo cierpienia i jeszcze więcej napięcia. Same podobieństwa mi nie przeszkadzały, bo gatunek żyje podobnymi motywami i nie oszukujmy się, większość z nas wraca do nich z własnej woli. Były jednak momenty, w których pewne sceny wydawały się aż nazbyt znajome.

If he kept looking at her like that, she might just fall in love with him.

Najbardziej podobało mi się to, że książka nie była tylko romansem z fantasy w tle. Intryga miała znaczenie, porwania budowały napięcie, a mroczniejsze elementy nadawały historii ciężar. To nie była cukierkowa opowieść o dziewczynie i niebezpiecznym chłopaku w skórzanej kurtce, chociaż oczywiście ten aspekt również był obecny, bo nie przesadzajmy z udawaniem literatury wysokiej. Edwards pisała sceny akcji i zagrożenia całkiem sprawnie, a końcówka miała odpowiedni rozmach. Nie wszystko przyjęłam bezkrytycznie, niektóre rozwiązania były trochę zbyt wygodne albo zbyt dramatyczne, ale finał sprawił, że chciałam wiedzieć, co będzie dalej. A to w pierwszym tomie serii jest bardzo ważne.

City of Gods and Monsters było więc dla mnie książką nierówną, ale wciągającą. Miało świetny klimat, ciekawy świat, mocny duet głównych bohaterów i niezły romans. Miało też nadmiar stron, kilka zbyt znajomych motywów, frustrujące nieporozumienia i bohaterkę, którą czasem chciałam delikatnie potrząsnąć za ramiona. To nie była książka, która rzuciła mnie na kolana, a raczej solidna, momentami przesadzona, ale bardzo wciągająca urban fantasy romance, która miała w sobie wystarczająco dużo dobra, żebym chciała kontynuować serię.

Najlepiej czytać tę książkę z nastawieniem na dramat, wielki świat, powolny romans i bohaterów, którzy czasem robią głupoty, bo emocje najwyraźniej muszą mieć swoje pięć minut. Czy polecam? Tak, ale nie każdemu. Jeśli lubisz długie romantasy, mroczne miasta, nadnaturalne intrygi i relacje pełne napięcia, możesz się w tym odnaleźć. Jeśli natomiast nie masz cierpliwości do cegieł, niedopowiedzeń i bohaterek, które są zwyczajne, dopóki cały świat nie zacznie ich ścigać, możesz się zmęczyć. Ja się czasem męczyłam, czasem śmiałam pod nosem, czasem przewracałam oczami, ale ostatecznie czytałam dalej. A to już coś mówi.

 

Zobacz też: Briar Boleyn: Na krwawych skrzydłach- recenzja – znowu wampiry!

Więcej o autorce: instagram.com/kaylaedwardsauthor

Poprzednio Gothic Remake – nauczyciele i umiejętności. Gdzie trenować siłę, zręczność, walkę, magię i zamki?
To jest najnowszy artykuł.