Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced to długo oczekiwane odświeżenie jednej z najlepszych gier w kultowej serii o asasynach. To produkcja, o której powrót fani prosili od lat, a Ubisoft wreszcie spełnił ich życzenie. Czy jednak twórcy naprawdę się postarali i dostarczyli wersję godną oryginału? Czy warto ponownie wyruszyć na Karaiby albo odwiedzić je po raz pierwszy? Zapraszam do recenzji opartej na wersji na PlayStation 5!
Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced opowiada historię Edwarda Kenwaya, zaradnego pirata, którego statek idzie na dno podczas starcia z okrętem tajemniczego mężczyzny w kapturze, uzbrojonego w ukryte ostrze. Obaj przeżywają katastrofę, lecz Duncan ma wyraźne problemy z zaufaniem. Ucieka i grozi Edwardowi, popełniając tym samym fatalny błąd. Zaradność pirata okazuje się większa niż spryt asasyna, a nasz bohater postanawia przebrać się za pokonanego przeciwnika i dokończyć jego zlecenie, licząc na solidną zapłatę. W taki oto cudowny sposób Edward wplątuje się w trwającą od setek lat wojnę między asasynami i templariuszami. Ostatecznie głównym celem naszego pirata pozostaje zarabianie pieniędzy, chociaż czasami próbuje zasłaniać się moralnością i ogólnie pojmowanym znaczeniem wolności. Historia jest bardzo dobra i ciekawa, prawdopodobnie najlepsza w całej serii. Z perspektywy czasu zauważyłem jednak również jej sporą naiwność. Piraci nie byli romantycznymi bojownikami o wolność, lecz grabieżcami i mordercami, podczas gdy Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced wyraźnie ich idealizuje.

Szczególnie rozbawiło mnie jedno z zadań pobocznych, w którym Edward stwierdził, że „piractwo nie polega na napadaniu na bezbronnych”. Piractwo polegało właśnie na napadaniu na bezbronne statki handlowe i uciekaniu przed silnymi konwojami wojskowymi. Tak czy inaczej, kiedy przymkniemy oko na bardziej bajkowe elementy tej opowieści, robi się naprawdę ciekawie, a historia szybko zaczyna wciągać. Pojawiają się również mniejsze wątki związane z polowaniem na templariuszy, natomiast bogaty kodeks oferuje mnóstwo ciekawostek i informacji historycznych. Wszystko to składa się na naprawdę solidną opowieść, którą warto poznać.

Sama rozgrywka w Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced to typowy Assassin’s Creed starej szkoły, a nie jedna z nowych odsłon przeładowanych dodatkowymi systemami. Będziemy biegać po różnych lokacjach, szukać sekretów, zbierać skarby i realizować cele misji. Od pewnego momentu gra daje nam ogromną swobodę. Nawet jeden z towarzyszy prowadzących nas przez główny wątek mówi, żebyśmy spotkali się za kilka tygodni, pozwalając graczowi spokojnie zająć się eksploracją Karaibów. Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced posiada dużą mapę pełną wysp, zatok i innych miejsc do odkrycia. Nie jest to największy świat w historii serii, ale osobiście uważam, że ma odpowiedni rozmiar. Większa mapa sprawiłaby jedynie, że po pewnym czasie zaczęlibyśmy grać automatycznie, a zabawa szybko stałaby się nużąca. Właśnie dlatego porzuciłem Assassin’s Creed Shadows oraz Assassin’s Creed Valhalla. Przytłoczony skalą zawartości i pozbawiony wyraźnego poczucia progresu straciłem zainteresowanie dalszą grą.
Tutaj każdy skarb daje nam konkretną nagrodę. Czasami będzie to element kosmetyczny, innym razem cenne złoto albo materiały potrzebne do ulepszania statku. Faktycznie czujemy postęp, a nie tylko odhaczamy kolejne znaczniki na mapie. A musicie wiedzieć, że w Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced będziemy potrzebować ogromnych ilości złota oraz materiałów. Są one niezbędne do rozbudowy statku i naszej posiadłości, czyli dwóch świetnych elementów urozmaicających całą przygodę. Kawka, nasz statek piracki, początkowo jest zwyczajnym brygiem, jakich setki pływają po tych wodach. Edward zaczyna jednak montować kolejne ulepszenia, wzmacniać kadłub i rozbudowywać uzbrojenie, dzięki czemu z czasem możemy walczyć z fregatami, a nawet potężnymi okrętami liniowymi.

Każda walka może zakończyć się abordażem. Pozwala on zdobyć więcej zasobów oraz dodatkowe korzyści, takie jak skarb albo naprawa uszkodzonego statku. Walka morska w Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced jest czymś absolutnie wyjątkowym i niesamowicie klimatycznym. Tego samego nie potrafiło uchwycić nawet Skull and Bones, które przecież miało być grą skupiającą się niemal wyłącznie na starciach okrętów. Myślę, że to właśnie możliwość przeprowadzania abordażu dodaje bitwom morskim w Black Flag tak wiele charakteru. Osobnym świetnym elementem jest nasza posiadłość wraz z okolicznymi budynkami na Wielkiej Inagui. Tutaj będziemy zbierać pieniądze z haraczy – ach, ci romantyczni piraci – wysyłać statki naszej floty na misje i ulepszać Kawkę. Wiele z tych czynności możemy wykonywać również w innych miejscach. Flotą da się przykładowo zarządzać z kajuty kapitana na statku, ale mimo to po każdej większej wyprawie wracałem na swoją wyspę. Kupowałem tam ulepszenia i zapasy, a następnie sprawdzałem, czy zdobyłem nowe ozdoby do posiadłości. Wielka Inagua szybko stała się naturalnym miejscem powrotu po kolejnych przygodach.
Paradoksalnie, przy rozwoju statku i miasta sam Edward wypada bardzo blado. Możemy zmieniać jego wyposażenie i zdobywać niewielkie bonusy do statystyk, ale zabrakło pełnoprawnego systemu rozwoju bohatera, drzewka umiejętności oraz podobnych elementów. Kolejne zdolności odblokowujemy podczas przechodzenia kampanii. Szkoda, że twórcy nie powiązali ich bardziej z eksploracją, tym bardziej że za pokonywanie zwykłych przeciwników nie otrzymujemy właściwie niczego. No właśnie, sama walka w Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced… jest. I w zasadzie tyle mogę na jej temat powiedzieć. System jest prosty, choć posiada kilka przyjemnych elementów, takich jak kopnięcie albo podcięcie przeciwnika. Ataki te obniżają pasek wytrzymałości wroga i pozwalają go szybko wykończyć. Strzał w głowę daje jednak zazwyczaj dokładnie ten sam efekt, dlatego podczas pojedynków chętnie korzystamy z pistoletów.

Sztuczna inteligencja przeciwników praktycznie nie istnieje. Możemy zabić kilku żołnierzy, którzy jeden po drugim będą podchodzić do stogu siana, w którym się ukrywamy. Każdego z nich eliminujemy dokładnie w ten sam sposób, podczas gdy pozostali spokojnie stoją kilka metrów dalej i czekają na swoją kolej. Do tego dochodzą liczne problemy techniczne. Edward potrafi zablokować się na elementach otoczenia, a parkour nie zawsze poprawnie odczytuje nasze zamiary. Przez większość czasu nie jest to wielki problem, ale kiedy bohater skacze do wody zamiast wspiąć się na szczyt wieży, można zacząć zastanawiać się, co właściwie zrobiło się nie tak.
Graficznie Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced prezentuje się bardzo dobrze. Wyspy są soczyście zielone, wszędzie znajdziemy wraki statków, a po miastach przechadzają się mieszkańcy zajmujący się własnymi sprawami. Nie jest to oczywiście poziom szczegółowości znany z Red Dead Redemption 2, ale świat nadal sprawia wrażenie żywego. Dodajmy do tego przyjemny soundtrack, dobre dialogi oraz kultowe szanty marynarzy, które oryginalny Black Flag prawdopodobnie mocno spopularyzował wśród graczy. Pływanie po Karaibach przy akompaniamencie śpiewającej załogi nadal ma w sobie coś wyjątkowego.

Na minus zaliczam warstwę Animusa oraz mechaniki live service, które są wpychane niemal wszędzie. Nagrody za realizowanie sezonów i kolejnych ciągów zadań nie pasują do charakteru gry i wyraźnie psują immersję. Co to za przyjemność pływać po tych morzach statkiem wyglądającym, jakby właśnie stanął w płomieniach? To raczej zabawa dla osób szukających bardziej zwariowanych wrażeń. W takiej grze jak Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced naprawdę cenne powinny być skórki broni, stroje oraz elementy statku, które zdobyliśmy dzięki eksploracji i własnym osiągnięciom. Nie widzę większego powodu, by interesować się sezonowymi nagrodami rozdawanymi przez Animusa. Sam zaglądałem tam głównie dlatego, że przy uruchamianiu gry regularnie pojawiał się komunikat informujący o nowej nagrodzie. Co gorsza, ten sam przycisk, który otwiera mapę, służył również do przechodzenia do Animusa z poziomu powiadomienia. W efekcie często uruchamiałem tę usługę całkowicie przypadkowo.
Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced nie naprawia wszystkich problemów oryginału. Prosta walka, fatalna sztuczna inteligencja, niepewny parkour oraz błędy techniczne regularnie przypominają, że pod odświeżoną oprawą nadal znajduje się gra zaprojektowana wiele lat temu. Ubisoft mógł wykorzystać ten powrót znacznie lepiej i poprawić więcej niż tylko najbardziej widoczne elementy. Żadna z tych wad nie odebrała mi jednak przyjemności z żeglowania po Karaibach, ulepszania Kawki, rozbudowy Wielkiej Inagui i odkrywania kolejnych wysp. To nadal jedna z najlepszych historii w serii Assassin’s Creed oraz prawdopodobnie najlepsza piracka przygoda stworzona przez Ubisoft. Eksploracja naprawdę nagradza ciekawość, bitwy morskie wciąż robią ogromne wrażenie, a klimat potrafi całkowicie pochłonąć. Dla nowych graczy Assassin’s Creed IV: Black Flag Resynced jest bardzo dobrą okazją, by poznać przygody Edwarda Kenwaya. Weterani otrzymują natomiast solidny powód, żeby ponownie wypłynąć na Karaiby. Nie jest to powrót idealny ani szczególnie odważny, ale Black Flag nadal broni się jako znakomita gra, nawet jeśli Ubisoft nie wykorzystał całego potencjału tego odświeżenia.
Zajrzyj do naszego Sklepu z Grami
Podsumowanie
Pros
- Fantastyczny klimat pirackiej przygody
- Świetne bitwy morskie i satysfakcjonujący rozwój Kawki
- Eksploracja, która naprawdę nagradza ciekawość
- Świetna muzyka, udźwiękowienie i aktorstwo głosowe
Cons
- Nachalne mechaniki rodem z gier-usług
- Sporo błędów technicznych i blokowania się na otoczeniu
- Bardzo słaba sztuczna inteligencja przeciwników



