Briar Boleyn: Na krwawych skrzydłach – recenzja – znowu wampiry!


Na krwawych skrzydłach

Na krwawych skrzydłach od Briar Boleyn to romantasy z wampirami, mroczną akademią i smoczym dziedzictwem w tle. Było dramatycznie, toksycznie i… zaskakująco wciągająco.

Są takie książki, po których człowiek powinien mieć pretensje głównie do siebie, bo przecież nikt mi nie kazał sięgać po romantasy z akademią pełną wampirów, politycznym narzeczeństwem, smokami, których podobno nie ma, i męskim bohaterem o problematycznej energii. A jednak sięgnęłam… i, co gorsza, bardzo dobrze się bawiłam. Tak, wiem – też jestem rozczarowana własną konsekwencją.

Na krwawych skrzydłach Briar Boleyn było dla mnie książką z gatunku tych niebezpiecznych: niby widziałam wszystkie elementy, z których została złożona, niby rozpoznawałam typowe motywy już z daleka, niby wiedziałam, że autorka wrzuca mnie do literackiego blendera ze składnikami mrocznej akademii, wampirów, jeźdźców smoków, enemies to lovers i dużej ilości dramatycznego patrzenia spod rzęs, a mimo to czytałam dalej. I dalej. I jeszcze jeden rozdział. A potem oczywiście robiło się późno, piekły mnie oczy, rozsądek leżał gdzieś pod kanapą, a ja dalej chciałam wiedzieć, co się stanie z Medrą i Blake’em. To bardzo dojrzałe zachowanie dorosłej kobiety, naprawdę… Nie tylko jestem sobą rozczarowana, ale też zawiedziona.

Na krwawych skrzydłach

Medra Pendragon trafiła do świata, w którym nie miała żadnej instrukcji obsługi, tym bardziej pakietu powitalnego. Obudziła się w rzeczywistości rządzonej przez wampiry, gdzie panowała bardzo wyraźna hierarchia społeczna, a jej obecność od razu wzbudzała zainteresowanie. Jedni widzieli w niej szansę na zdobycie wpływów, inni problem, a jeszcze inni cenny element politycznej układanki. W dodatku Medra miała być ostatnią potomkinią jeźdźców smoków, co brzmiało imponująco, dopóki nie uświadomiła sobie, że smoków podobno już nie ma. Czyli klasyczny pakiet fantasy: wielkie dziedzictwo, wielkie oczekiwania i wielka niewiadoma.

Najmocniej podobał mi się klimat Na krwawych skrzydłach. Bloodwing Academy miała w sobie wszystko to, czego oczekuję od mrocznej szkoły dla istot, które prawdopodobnie nie powinny dostawać dostępu do ostrych narzędzi bez nadzoru. Było dość nieprzyjemnie, elitarne zasady kapały z każdej ściany, a „nauka” często brzmiała bardziej jak elegancko nazwana walka o przetrwanie. Szkoła nie była bezpieczną przystanią, tylko miejscem, w którym słabość mogła kosztować bardzo dużo. I właśnie to mi się podobało, bo ten świat miał pazur.

Sama jego konstrukcja była intrygująca. Wampirza arystokracja, ale też istoty stojące najniżej w społecznej hierarchii, dawne rody, rytuały, polityczne układy, obsesja na punkcie krwi i władzy… To wszystko naprawdę wciągało. Autorka dobrze oddała poczucie, że Medra trafiła do gry, której zasad nikt jej nie wyjaśnił, ale wszyscy oczekiwali, że będzie przegrywać z godnością. Problem w tym, że czasami miałam wrażenie, iż ja też nie znam tych zasad. Niektóre informacje pojawiały się późno, inne zostały ledwie muśnięte, a kilka kwestii aż prosiło się o dopowiedzenie. Rozumiem i lubię tajemnicę, jednak zastanawianie się, czy coś jest sekretem, czy luką fabularną, to dwie różne przyjemności.

“No excuse,” I said bluntly. “We all have a sob story. It doesn’t mean we should treat other people like shit.”

Medra jako bohaterka była dla mnie ciekawa. Podobało mi się, że miała w sobie upór, zadziorność i tę cudowną skłonność do otwierania ust w sytuacjach, w których rozsądny człowiek napisałby testament i siedział cicho. Została rzucona w brutalny świat, w którym prawie każdy chciał ją kontrolować, a ona mimo wszystko próbowała zachować własne „ja”. Jednocześnie bywały momenty, kiedy patrzyłam na jej decyzje z wyrazem twarzy kobiety, która właśnie zobaczyła, jak ktoś wkłada widelec do tostera.

Medra czasami zachowywała się tak, jakby instynkt samozachowawczy był opcjonalnym dodatkiem fabularnym, którego nie zdążyła odblokować. Szła tam, gdzie ewidentnie nie powinna, ufała sytuacjom, które śmierdziały problemem na kilometr, albo po prostu reagowała w sposób, który bardziej pchał akcję do przodu, niż wynikał z jej psychiki. I tak, wiem, bohaterki fantasy muszą czasem podejmować złe decyzje, inaczej czytałybyśmy o bezpiecznym siedzeniu w pokoju i piciu herbaty. Ale czasem ta herbata naprawdę wydawała się rozsądniejsza.

“sometimes the problem is that we don’t see ourselves the way others do.”

Blake Drakharrow był natomiast dokładnie takim bohaterem, przy którym człowiek wzdycha, przewraca oczami i sprawdza, czy przypadkiem nie ma już przygotowanej grupy wsparcia emocjonalnego dla czytelniczek. Był zimny, arogancki, uprzywilejowany, wychowany w świecie, gdzie władza była walutą, a uczucia najpewniej zamykano w piwnicy razem z innymi niewygodnymi rzeczami. Jego relacja z Medrą była pełna napięcia, nieufności i słownych starć… czyli dokładnie tego, czego oczekiwałam. Podobało mi się, że romans nie wybuchał nagle w połowie książki. To był slow burn, momentami tak slow, że można było w międzyczasie zrobić pranie, obiad i mały remont kuchni, ale jednak zadziałał.

I tu dochodzę do jednego z moich większych „ALE”. Na krwawych skrzydłach bardzo mocno sprzedawała mi napięcie między Medrą a Blake’em, a ja to napięcie kupowałam. Ich dynamika była jedną z najciekawszych części książki, dlatego chciałam jej więcej. Więcej rozmów, więcej konfrontacji, więcej momentów, w których maski naprawdę pękały. Dostałam sporo podskórnego napięcia, kilka mocnych scen i dużo potencjału, ale apetyt miałam znacznie większy. A skoro już autorka podsunęła mi mieszankę toksycznego księcia wampirów i bezczelnej dziewczyny, to oczekiwałam czegoś mocniejszego.

“She’d attacked me with murder in her heart. And yet, idiot that I was, it was her I couldn’t take my eyes off.”

Bardzo dobrze rozpisane były intrygi polityczne. Rody, ich własne interesy, wymuszone narzeczeństwo, status Medry jako cennego, ale problematycznego zasobu – to wszystko tworzyło solidną historię. Viktor Drakharrow był jedną z tych postaci, przy których od razu czułam, że powinno się odsunąć od niego wszystkie ostre przedmioty. Jego motywacje były niejasne, wpływy ogromne, a każda scena z nim miała w sobie coś niepokojącego. Lubiłam ten niekoniecznie oczywisty rodzaj zagrożenia.

Nie mogę też powiedzieć, że Na krwawych skrzydłach było nudną książką, bo nie było. Nawet kiedy się przeciągało, a środek miejscami sprawiał wrażenie, że autorka chce jeszcze chwilę potrzymać mnie w Akademii, nadal czytałam z zainteresowaniem. Były sceny, które mogłyby zostać skrócone, a niektóre informacje powtarzano trochę zbyt wygodnie. Były momenty, w których tempo siadało, a ja zaczynałam podejrzewać, że niektóre fragmenty istnieją po to, by opóźnić dojście do naprawdę ważnych wydarzeń. Jednocześnie świat był na tyle wciągający, a relacje na tyle zachęcające, że nie porzuciłam książki ani na moment z prawdziwą irytacją. Raczej prychałam pod nosem, po czym przewracałam stronę. Czyli, jak wiadomo, okazałam najwyższą formę zaangażowania.

Najbardziej brakowało mi smoków. To znaczy, rozumiem, że ich nieobecność była częścią zagadki i że dziedzictwo Medry miało dopiero nabierać znaczenia, ale kiedy książka macha mi przed oczami hasłem o jeźdźcach smoków, to chcę smoków, ognia i dramatycznego latania nad przepaścią. Tymczasem przez dużą część powieści smoki były bardziej obietnicą niż realnym elementem fabuły. Finał trochę wynagrodził to oczekiwanie, jednak właśnie dlatego poczułam też lekką frustrację. Przez kilkaset stron czekałam na pewne rzeczy, a gdy wreszcie zaczęły się konkrety, autorka zaserwowała zakończenie z gatunku: proszę sobie pocierpieć i wkrótce kupić kolejny tom.

Skandaliczne. Oczywiście zadziałało.

“You could never hate me as much as you want me.”

Cliffhanger w Na krwawych skrzydłach był mocny i taki, po którym człowiek siedzi chwilę z czytnikiem w dłoni i zastanawia się, czy autorka ma moralne prawo robić takie rzeczy ludziom, którzy tylko chcieli spokojnie poczytać o wampirach i smoczym dziedzictwie. Zakończenie wprowadziło nowe pytania i sprawiło, że mimo wszystkich narzekań chciałam od razu sięgnąć po kontynuację. To chyba najlepiej pokazuje, że Na krwawych skrzydłach spełniło swoje zadanie.

Czy ta książka była idealna? Nie. Była miejscami za długa, czasem chaotyczna, czasem zbyt wygodna fabularnie. Nie wszystkie decyzje bohaterów mnie przekonywały, a niektóre wątki aż prosiły się o mocniejsze rozwinięcie. Relacja romantyczna była pysznie napięta, ale momentami dostawałam bardziej zapowiedź uczty niż posiłek. Medra bywała świetna, ale też frustrująca. Blake był intrygujący, ale też regularnie zasługiwał na symboliczne uderzenie czymś ciężkim w głowę. A jednak bawiłam się bardzo dobrze. To była wciągająca, dramatyczna romantasy z dokładnie tym rodzajem przesady, którego czasami potrzebuję.

Książka Na krwawych skrzydłach miała klimat, napięcie i ten irytujący magnetyzm, który sprawia, że człowiek narzeka, a potem natychmiast sprawdza, kiedy może przeczytać kolejny tom. A jeśli to nie jest definicja udanej romantasy, to ja już naprawdę nie wiem, co nią jest.

 

Zobacz też: Carissa Broadbent: Upadły i Pocałunek Mroku – recenzja książki!

Poprzednio Pragmata – poradnik bossów. Jak pokonać wszystkich bossów?
To jest najnowszy artykuł.