Carissa Broadbent: Upadły i Pocałunek Mroku – recenzja książki!


Upadły i pocałunek mroku

Upadły i Pocałunek Mroku to finał historii Mische i Asara, w którym Carissa Broadbent ponownie łączy fantasy, romans i wielką wojnę bogów. Czy książka spełniła moje oczekiwania?

Po zakończeniu Słowika i Serca z Kamienia miałam wobec Upadłego i Pocałunku Mroku naprawdę wysokie oczekiwania. I może już na starcie popełniłam klasyczny błąd czytelniczki, która sama sobie zbudowała w głowie arcydzieło, zanim jeszcze otworzyła książkę. Bo kiedy człowiek nakręci się na wielki finał, ogrom emocji, boskie wojny, wampiry, dramat i miłość silniejszą niż śmierć, to potem trudno zadowolić się czymś tylko bardzo dobrym. A właśnie taki był dla mnie ten tom: bardzo dobry, momentami świetny, ale jednak nie aż tak porywający, jak liczyłam.

To była książka duża. Naprawdę duża. Nie tylko objętościowo, ale fabularnie oraz emocjonalnie. Carissa Broadbent nie bawiła się tu w półśrodki. Upadły i Pocałunek Mroku przedstawia świat pogrążony w wiecznej nocy, bogów szykujących się do wojny, rozpadające się zaświaty, relikty śmierci, dawne zdrady, nowe sojusze i dwoje bohaterów, którzy oczywiście nie mogliby po prostu usiąść, porozmawiać i spróbować rozwiązać problemów bez udziału boskich katastrof. Nie, oni musieli od razu wejść na wyższy poziom, z rodzaju ocalmy świat albo umrzemy w naprawdę spektakularny sposób…

I właśnie ten rozmach bardzo mi się podobał, bo autorka umie budować stawkę. Czułam, że tu naprawdę chodzi o coś większego niż romans, choć ten faktycznie pozostawał sercem historii. Podobało mi się, że Carissa Broadbent nie zamknęła książki w prostym schemacie cierpiących bohaterów w obliczu kończącego się świata. Tutaj ten świat żył własnym życiem, religia i mitologia miały znaczenie, polityka wampirzych rodów nie była tylko dekoracją, a konflikty między bogami wpływały dosłownie na wszystko. To dawało tej opowieści ciężar, którego w wielu romantasy zwyczajnie już brakuje.

Upadły i pocałunek mroku

Upadły i Pocałunek Mroku zachwycił mnie budowaniem świata i to był jeden z najmocniejszych elementów tej książki. Carissa Broadbent znowu pokazała, że potrafi tworzyć uniwersum nie tylko efektowne, ale też spójne emocjonalnie. Zaświaty, sfera umarłych, boskie wpływy, pęknięcia między wymiarami… to wszystko miało swój klimat. Nie było tylko zbiorem fajnie brzmiących nazw i mrocznych dekoracji i czuć było pomysł i konsekwencję. Historia kręciła się wokół reliktów boga śmierci, a śmierć była obecna wszędzie – czy w świecie, c zy w samych bohaterach.

Bardzo podobało mi się też, jak autorka prowadziła temat religijnej traumy i poczucia winy, szczególnie u Mische. To nie była bohaterka napisana na jedno kopyto. Nie była kolejną niezniszczalną wojowniczką, która niby ma mroczną przeszłość, ale tak naprawdę nic po niej nie widać poza dwiema dramatycznymi myślami na rozdział. Mische była rzeczywiście naznaczona tym, co przeżyła. Jej relacja z wydarzeniami z przeszłości, z wiarą oraz z własnym miejscem w świecie wypadała bardzo wiarygodnie. Czułam, że dźwiga w sobie ciężar dawnych decyzji  szczególnie dawnych krzywd. To było dobrze napisane i momentami naprawdę poruszające.

“Mische Iliae would be remembered by the bones of time itself, and I knew it because I would write her story there with my blood if I had to.”

A jednak, paradoksalnie, właśnie z Mische miałam tutaj również problem. W poprzednim tomie wydawała mi się bardziej wyrazista, bardziej konkretna, po prostu była „bardziej…”. Tutaj chwilami miałam wrażenie, że znikała od ciężarem fabuły. Niby wszystko nadal kręciło się wokół niej, niby przechodziła przez piekło dosłownie i metaforycznie, ale czasem brakowało mi w niej tej charakterystycznej iskry, tej energii, która sprawiała, że pamiętałam nie tylko, co ją spotkało, ale też kim była. Tutaj momentami bardziej pamiętałam jej cierpienie niż jej osobowość. A to już nie jest drobnostka. Może, z drugiej strony, to celowy zabieg, który miał związek z jej dosłownym „znikaniem”…

“As if the gods had seen some beauty in mortality but failed to realize that the imperfection of it was what made it remarkable.”

Z Asarem miałam podobne odczucia, choć trochę z innego powodu. Cieszyło mnie, że dostał więcej „stron” i własną perspektywę, bo jego historia ewidentnie tego wymagała. Było w nim sporo tragedii, sporo bólu i sporo materiału na naprawdę świetnego bohatera. Problem w tym, że emocjonalnie nie połączyłam się z nim tak mocno, jak powinnam. Rozumiałam go, ale nie zawsze czułam to zaangażowanie. Chwilami wydawał mi się bardziej nośnikiem cierpienia i wielkich poświęceń niż pełnokrwistym człowiekiem, czy tam pełnokrwistym wampirem, co w sumie brzmi niezręcznie, ale wiadomo, o co chodzi.

Jeśli chodzi o sam romans, to mam z nim relację dość ambiwalentną. Z jednej strony podobało mi się, że uczucie między Mische i Asarem było pokazane jako coś głębokiego, opartego nie tylko na pożądaniu, ale też na lojalności, wspólnej historii i wzajemnym rozumieniu. Nie miałam problemu z tym, żeby uwierzyć, że są dla siebie ważni. To było jasne. Widać było, że są gotowi posunąć się bardzo daleko, żeby się ocalić, odzyskać albo przynajmniej nie stracić ostatecznie.

“Mische Iliae, Dawndrinker or Shadowborn, living or dead, I will never let you go.”

Z drugiej strony sam sposób prowadzenia tej relacji nie zawsze mnie kupował. Książka pędziła jak oszalała. Bohaterowie bez przerwy byli wrzucani w nowy konflikt, nowy etap misji, kolejną próbę, inny dramat, nowy wymiar, dodatkową katastrofę. To oczywiście sprawiało, że trudno było się nudzić, ale miało też swoją cenę. Zwyczajnie brakowało miejsca na spokojniejsze sceny, na budowanie bliskości, na momenty, w których relacja mogłaby po prostu odetchnąć. Przez to romans chwilami wydawał mi się bardziej deklarowany niż naprawdę przeżywany na stronie.

I tak, powiem to wprost: uważam, że scen erotycznych było trochę za dużo. Nie dlatego, że jestem nagle pruderyjną strażniczką skromności, tylko dlatego, że po pewnym czasie one przestały wnosić coś nowego. Bohaterowie albo cierpieli z braku możliwości dotyku, albo dotykali się tak intensywnie, że prawie przesuwały się góry. Natomiast ja siedziałam z książką i pierwszy raz od dawna myślałam, że jakoś dużo tych widowiskowych objawień.

Upadły i pocałunek mroku

Problemem była też dla mnie pewna powtarzalność. Upadły i Pocałunek Mroku był podzielony na wyraźne etapy i każdy z nich przynosił nową próbę, zagrożenie, czy bitwę. To początkowo działało świetnie, bo nadawało historii rytm i sprawiało, że czytało się ją błyskawicznie, ale w pewnym momencie zaczęłam czuć zmęczenie. Wszystko było na wysokim poziomie intensywności praktycznie bez przerwy. A kiedy wszystko jest cały czas ogromne, dramatyczne i śmiertelnie ważne, to paradoksalnie część tego napięcia ustaje. Człowiek już nie przeżywa kolejnej katastrofy, tylko przyjmuje ją z rezygnacją, zupełnie jak rachunek za prąd.

Do tego momentami fabuła była dla mnie zwyczajnie zbyt chaotyczna. Działo się dużo, czasem aż za dużo. Bohaterowie przeskakiwali między miejscami i konfliktami tak szybko, że nie zawsze miałam szansę naprawdę się w czymś zakotwiczyć. To była jedna z tych książek, które potrafią zmęczyć nadmiarem wydarzeń. Niby nie ma dłużyzn, tym samym nie ma nudy, a jednak czuć zwyczajne zamieszanie. To dziwne zjawisko.

Mimo to, Upadłego czytało mi się to dobrze i to chyba właśnie to najbardziej świadczy o kunszcie autorki. Nawet kiedy miałam zastrzeżenia, momentami czułam przesyt, wielokrotnie przewracałam oczami na kolejne akty heroicznego cierpiętnictwa, nadal chciałam wiedzieć, co będzie dalej. Byłam stale ciekawa świata i tego co będzie dalej.

“You agreed to play a game with high stakes. You do not get to waste your time as the cards are drawn.”

Nawet jeśli momentami miałam problem z tempem i konstrukcją, to w końcówce czułam, że ta historia naprawdę do czegoś prowadziła. Był ciężar decyzji, ich emocjonalne konsekwencje a zakończenie namacalnie domykało pewien etap, przy tym otwierając następny. Epilog zrobił dokładnie to, co powinien, czyli pozostawił mnie z chęcią powrotu do tego świata. A to zawsze liczę na plus.

Ostatecznie Upadły i Pocałunek Mroku był dla mnie książką bardzo dobrą, ale nie najlepszą w tym cyklu. Widać było, że Broadbent miała wizję i odwagę, żeby zrealizować ją z rozmachem. Nie wszystko za wyszło idealnie, ale wciąż było tu więcej rzeczy udanych. Wrócę do tego świata bez większego oporu. Bo nawet jeśli autorka mnie męczyła, to robiła to w sposób wciągający. A to, niestety dla mojego snu i rozsądku, też jest pewien talent.

Zobacz też:

Więcej o autorce i kolejnych projektach: carissabroadbentbooks.com

Poprzednio Diablo 4: Lord of Hatred - Poradnik Solucja - Pełne Przejście Gry
Następny Half-Life 2 - Recenzja - Czy klasyk dalej grzeje?