Mroczna więź to książka fantasy z dużymi wilkami, brutalnymi próbami i bohaterką, która zrobi wszystko, by uratować siostrę. Co najbardziej podobało mi się w tej historii, a co nie do końca zagrało?
Ostatnio romantasy sprawiało na mnie wrażenie, jakby połowa rynku czytała te same trzy książki, po czym wszyscy zgodnie postanowili napisać coś podobnego, tylko z innym zwierzęciem i większą ilością napięcia seksualnego. Zabrałam się więc do Mrocznej więzi z lekkim zmęczeniem materiałem. Tym razem padło na ogromne wilki. Smoki już swoje odrobiły, węże też miały moment, więc może teraz faktycznie przyszła pora na futro, kły i bohaterkę, która zamiast wzdychać przez pięćset stron, potrafiła komuś przyłożyć. Muszę przyznać, że bawiłam się zaskakująco dobrze.
To nie była książka idealna. Miała swoje bardzo wyraźne potknięcia, kilka fabularnych skrótów, trochę zbyt wygodnych rozwiązań i parę zwrotów akcji, które widziałam z daleka niczym neon nad całodobowym kebabem. Nawet mimo tego czytało mi się ją świetnie. Mroczna więź to jeden z tych tytułów, przy których człowiek przewraca oczami, po czym i tak czyta dalej, bo chce wiedzieć, co wydarzy się za chwilę. A to, umówmy się, też jest pewien rodzaj sukcesu.
“If you’re going to be reckless, princess, at least let me keep you alive”
Główną bohaterką jest Meryn Cooper, dziewczyna z biedniejszej części miasta, która nie miała ani ważnego pochodzenia, ani wygodnego życia, ani czasu na dramatyczne patrzenie w okno. Musiała utrzymać rodzinę, troszczyć się o matkę i młodszą siostrę, a przy okazji jeszcze jakoś nie dać się zgnieść przez świat, który ewidentnie nie miał wobec niej dobrych intencji. Bardzo podobało mi się to, że Meryn od początku była konkretna. Nie była porcelanową laleczką rzuconą w brutalną rzeczywistość tylko po to, żeby czytelnik mógł obserwować jej przemianę w silną kobietę. Ona silna była od początku. Wysoka, twarda, uparta, momentami wręcz irytująco dumna, ale przynajmniej nie trzeba było czekać dwustu stron, aż wreszcie zrozumie, że może jednak warto zawalczyć o siebie.
To właśnie ona ciągnęła tę książkę przez dużą część fabuły. Jej motywacja była prosta i przez to bardzo skuteczna: chciała odnaleźć porwaną siostrę. Nie ratowała świata, nie spełniała wielkiej przepowiedni od pierwszego rozdziału, nie prowadziła wewnętrznych debat o przeznaczeniu wszechświata. Zwyczajnie chciała uratować bliską osobę. Stawka była osobista, przez co łatwo było wejść w tę historię. Podobało mi się też, że jej relacja z siostrą i odpowiedzialność za rodzinę nie były tylko dekoracją do fabuły, ale realnie wpływały na jej decyzje.

Świat przedstawiony wypadł całkiem dobrze, zwłaszcza jak na książkę, która ewidentnie chciała być jednocześnie mroczna, dynamiczna, romantyczna i pełna sekretów. Autorki nie zarzucały czytelnika toną nazw własnych i encyklopedycznymi wyjaśnieniami, tylko dawkowały informacje stopniowo. To akurat uznałam za plus, bo nie mam w sobie już cierpliwości do fantasy, które na dzień dobry rzuca we mnie trzema dynastiami, siedmioma zakonami i mapą polityczną kontynentu, jakbym pisała doktorat, a nie chciała po prostu poczytać o wielkich wilkach i problemach z zaufaniem.
Najmocniejszym elementem tego świata były oczywiście tytułowe wilki. I tutaj Mroczna więź naprawdę zyskiwała własny charakter. Powiązanie między ludźmi a zwierzętami była ciekawa, intensywna, bardziej dzika niż elegancka, bardziej instynktowna niż baśniowa. To nie były słodkie, magiczne zwierzątka od pocieszenia. Były groźne, dumne, inteligentne i miały własną wolę. Bardzo podobało mi się, że relacja Meryn z Anassą nie była od razu idealna i pełna wzajemnego zachwytu. Wręcz przeciwnie, bo długo była napięta i zwyczajnie trudna. Dzięki temu, kiedy zaczęła się naprawdę rozwijać, miała emocjonalny ciężar. Nie dostałam cukierkowej relacji, tylko coś bardziej szorstkiego i – tym samym – przekonującego.
W ogóle relacje w tej książce były dla mnie ciekawsze niż sama intryga polityczna. Przyjaźnie, rywalizacje, nieufność, hierarchia wśród szkolonych wojowników… to wszystko zostało całkiem dobrze napisane. Szczególnie dobrze wypadły postacie drugoplanowe związane z treningiem i próbami. Bohaterowie byli różni, mieli swoje role, ale nie zlewali mi się w jedną masę pięknych ludzi z traumą. A w tym gatunku to już naprawdę coś.
“I’m the Queen of Shit Mountain.”
No i jest jeszcze Stark. Oczywiście, że jest Stark. Mroczny, groźny, milczący, z aurą człowieka, który albo zaraz cię zabije, albo uratuje, ale i tak zrobi to z miną, jakbyś strasznie działała mu na nerwy. Czy to nowatorskie? Nie. Czy mnie to obeszło? Niespecjalnie. Podobał mi się i nawet nie będę udawała, że nie. To jest dokładnie ten typ bohatera, który teoretycznie powinien już mnie nudzić, ale w praktyce nadal działa. Zwłaszcza gdy ma dobrą chemię z bohaterką, a tutaj ta chemia była wyczuwalna. Nie idealnie poprowadzona, chwilami zbyt oszczędna, czasem bardziej obiecywana niż faktycznie pokazana, ale jednak obecna – zdecydowanie bardziej przekonująca niż w recenzowanym ostatnio Podziemnym królestwie.
I tu dochodzę do jednego z moich większych zastrzeżeń. Romans był atrakcyjny, ale nie zawsze równie dobrze uzasadniony, jak chciałaby tego książka. Były momenty, kiedy emocjonalna dynamika między bohaterami działała świetnie, ale były też takie, gdy autorki opierały się bardziej na oklepanych motywach niż na realnie budowanej więzi. To mnie nie odrzucało od lektury, ale sprawiło, że nie byłam aż tak emocjonalnie zaangażowana, jak pewnie powinnam była być.
Zresztą Mroczna więź w ogóle uwielbiała stereotypy. Tylko trzeba uczciwie powiedzieć: robiła to świadomie i z pewnym wdziękiem. Była tu biedna dziewczyna wrzucona między elity, były brutalne próby, było szkolenie, bale, ukryte sekrety, polityczne kłamstwa, przystojni mężczyźni o podejrzanych intencjach, starannie dawkowane napięcie i ten znajomy smak historii, które już kiedyś czytałam, tylko podane w trochę innym sosie. Czy to było odkrywcze? Nie. Czy było przyjemne? Owszem.
“you touch her again and I’ll cull you myself.”
Największy problem polegał na tym, że niektóre zwroty akcji były zbyt przewidywalne. Kilka ważniejszych rewelacji naprawdę dało się odgadnąć dość wcześnie. Nie psuło mi to całej zabawy, ale jednak odbierało części scen odpowiedni ciężar. Momentami Mroczna więź ewidentnie liczyła na moje wielkie zdziwienie, a ja raczej kiwałam głową potakując uprzejmie, bo faktycznie domyśliłam się czegoś jakieś sto stron temu. To nie jest zbrodnia przeciw literaturze, ale przy tak długiej książce chciałabym jednak czasem zostać czymś naprawdę zaskoczona.
Druga rzecz, która mi przeszkadzała, to nierówność w prowadzeniu niektórych wątków. Jedne elementy były rozwinięte bardzo przyzwoicie, a inne sprawiały wrażenie, jakby ktoś w połowie sceny uznał, że dobra, już wystarczy, czytelnik sobie dopowie. Zwłaszcza magia i część sekretów związanych z większą mitologią tego świata pojawiały się trochę za późno albo zbyt pokrótce. Potencjał był ogromny. Momentami jednak czułam, że książka bardziej obiecuje przyszłą wielkość serii, niż w pełni wykorzystuje to, co ma tu i teraz.
Miałam też kilka momentów, kiedy logika świata lekko mi się rozjeżdżała. Nie na tyle, żebym rzuciła książką o ścianę, ale na tyle, żebym uniosła brew. Niektóre decyzje bohaterów były dziwnie odkładane tylko po to, by podkręcić napięcie. Niektóre sekrety istniały chyba głównie dlatego, że fabuła potrzebowała kolejnego efektownego ujawnienia, a kilka scen było napisanych w taki sposób, że zamiast dramatyzmu czułam lekki absurd, taki niezamierzony. Ale znów: to nie były błędy, które zepsuły mi lekturę, a raczej takie rysy na bardzo ładnie pomalowanej ścianie.
“Confidence makes men sloppy. And sloppy men are easy targets.”
Za to finał był naprawdę mocny. Może nie wszystko mnie zaskoczyło, ale tempo końcówki było świetne i czułam, że stawka wreszcie rośnie do poziomu, którego oczekiwałam. Podobało mi się, że autorki nie bały się pójść w mroczniejsze rejony i nie wygładzały wszystkiego na siłę. Była brutalność, były konsekwencje, był chaos, który wreszcie zaczął pracować na korzyść historii. Ostatnie partie książki czytałam już bardzo szybko, z tym przyjemnym poczuciem, że teraz naprawdę chcę wiedzieć, co będzie dalej. I chyba to jest najlepsze podsumowanie moich wrażeń.
Mroczna więź nie jest arcydziełem gatunku i nie sprawiła, że nagle uznałam, iż romantasy wkroczyło w nową złotą erę literatury. Książka była jednak bardzo rozrywkowa, miała pazur, miała dobrą atmosferę, a także bohaterkę, której dało się kibicować. Do tego miała dość bezczelności, by wrzucić do jednego garnka wszystko, co czytelnicy tego gatunku lubią najbardziej, po czym jeszcze zamieszać z satysfakcjonującą pewnością siebie. Podobało mi się to, że mimo wszystkich znajomych motywów książka nie była kalką. Czerpała garściami z dobrze znanych schematów, ale miała też własny rytm i własny klimat.

Meryn była wystarczająco charyzmatyczna, Stark interesujący, a wilki zwyczajnie dzikie – chciałabym móc wrócić do tego świata i na pewno zainteresuję się kolejną częścią. To była książka, przy której raz się uśmiechałam, raz przewracałam oczami, a na końcu i tak miałam ochotę sięgnąć po kolejny tom. A skoro tak, to znaczy, że coś tu zadziałało. Ode mnie to uczciwe cztery gwiazdki na pięć. Nie za doskonałość, tylko za bardzo udaną rozrywkę, świetny wilczy motyw, wyrazistą bohaterkę i fakt, że mimo zastrzeżeń naprawdę mnie to wciągnęło.
I trochę też za Starka, ale tego oczywiście oficjalnie nie przyznaję.
Zobacz też dlaczego piszę „autorki” – sablesorensen.com



