Holly Renee: Podziemne królestwo – recenzja książki


podziemne królestwo

Podziemne królestwo autorstwa Holly Renee właśnie pojawiło się na polskim rynku. Czy warto przeczytać tę książkę?

Sięgnęłam po Podziemne królestwo z dość prostego powodu: obiecywało fantasy z uciekającą księżniczką, buntem przeciw tyranowi, tajemnicami, napięciem i romansem z gatunku nienawidzą się tak bardzo, że zaraz się pocałują. Brzmiało to jak coś, co zagwarantuje dobre kilka godzin, nawet jeśli nie wywróci mojego życia do góry nogami. I rzeczywiście weszło gładko, bo książkę czytało się szybko. Problem polega na tym, że równie szybko zorientowałam się, że pod tą efektowną fasadą kryje się historia zaskakująco pusta, jak pięknie zapakowany prezent, w którym ktoś zostawił jedynie trochę brokatu.

Fabuła skupia się na Nyri, a właściwie dziewczynie, która ukrywała swoją prawdziwą tożsamość i uciekła od okrutnego ojca, króla. Sam punkt wyjścia naprawdę mi się podobał. Księżniczka bez mocy, żyjąca pod władzą tyrana, który mierzy wartość ludzi ich magiczną użytecznością… to był dobry materiał na opowieść o przetrwaniu i budowaniu własnej siły. Do tego buntownicy, ukryte miasto, polityczne napięcia i tajemnica związana z pochodzeniem bohaterki. Naprawdę można było z tego zrobić coś emocjonalnie angażującego. Niestety, zamiast porządnie to rozwinąć, Podziemne królestwo przeskakiwało po kolejnych wątkach tak, jakby bardzo się spieszyła, żeby dojść do scen, które autorkę interesowały najbardziej. A interesowały ją najwyraźniej głównie napięcie seksualne, przepychanki słowne i Dacre robiący za ponurego, toksycznie atrakcyjnego faceta numer 483 w romantasy.

podziemne królestwo

Największy problem miałam z tym, że ta historia sprawiała wrażenie, jakbym zaczęła serial od trzeciego odcinka i wszyscy założyli, że doskonale wiem, jak działa ten świat. Niby byli tu fae, magia, królestwo Marmoris, rebelia, ukryta społeczność i jakieś zasady rządzące mocą, ale przez dużą część książki wszystko to pozostawało dziwnie puste. Dostawałam strzępy informacji, sugestie, pojedyncze elementy układanki, ale nie miałam poczucia, że naprawdę rozumiem, jak ten świat funkcjonował.

Fantasy bez solidnego budowania świata jest trochę jak tort bez kremu. Da się przełknąć, ale po co sobie to robić. Miałam momentami wrażenie, że bohaterowie sami wiedzieli tylko tyle, ile było potrzebne, by przeskoczyć do kolejnej sceny napięcia między nimi. Magia była, bo była. Realia polityczne też niby istniały, ale głównie w tle. Ukryte miasto miało potencjał, jednak zostało potraktowane bardziej jak dekoracja niż miejsce, które żyje własnym rytmem. Szkoda, bo początek naprawdę obiecywał coś więcej. Nyra jako księżniczka bez mocy, odrzucona przez własnego ojca i zmuszona do życia w ciągłym lęku, mogła być topową bohaterką. W praktyce okazała się postacią, z którą bardzo trudno było mi się zżyć.

Na starcie widziałam w niej pewien potencjał. Była w trudnym położeniu, musiała się ukrywać, przetrwać, odnaleźć w nowej rzeczywistości. Brzmiało to jak niezły fundament pod opowieść o dojrzewaniu i odnajdywaniu własnego „ja”. Tylko że to wszystko gdzieś po drodze wyparowało – im dłużej czytałam, tym częściej łapałam się za głowę, bo Nyra raz próbowała się stawiać, a chwilę później bez większego oporu godziła się na kolejne decyzje podejmowane za nią. I nie, nie kupiłam tego jako złożoności psychologicznej. To po prostu było niespójne.

Najbardziej rozbawiło mnie to, że bohaterka miała za sobą rok życia na ulicy, a zachowywała się czasami tak, jakby pierwszy raz opuściła złotą klatkę pięć minut temu. Naprawdę trudno było mi uwierzyć, że ktoś, kto tyle czasu walczył o przetrwanie, nie wykształcił choćby podstawowego instynktu obronnego czy większej czujności. Rozumiem, że można być naiwną, straumatyzowaną, nieprzygotowaną do pewnych sytuacji, ale tutaj to wyglądało tak, jakby życie poza pałacem odcisnęło na niej mniej śladów niż źle dobrany balsam do ust. To odbierało tej postaci wiarygodność. Chciałam zobaczyć kobietę poranioną, ale uczącą się walczyć o siebie. Dostałam bohaterkę, która miała przebłyski charakteru, po czym natychmiast oddawała stery fabule i Dacre’owi.

“You think that anyone could get away with hurting you and that it wouldn’t matter?”

No właśnie, Dacre. Klasyczny przedstawiciel gatunku „mam traumę, więc będę nieprzyjemny, zaborczy i wszyscy mają uznać to za głębię postaci”. Rozumiem dlaczego takie postacie przyciągają czytelniczki. Był ostry, nieufny, miał swoje problemy, kilka bardziej ludzkich momentów, a jego relacja z siostrą rzeczywiście trochę go ocieplała. I to chyba był jedyny element, dzięki któremu nie przewracałam oczami przy każdej scenie z jego udziałem. Problem w tym, że jako główny obiekt romantyczny wypadał dla mnie dość marnie. Nie był intrygująco niejednoznaczny. Był po prostu kontrolujący, napastliwy i zbyt pewny, że może urządzać życie bohaterce, bo akurat tak mu wygodnie.

Mam też ogromny problem z reklamowaniem tej książki jako rasowego enemies to lovers. Nie, to nie byli wrogowie. To byli ludzie z przeciwnych stron konfliktu, którzy niemal od razu byli sobą fizycznie zainteresowani. To nie jest to samo. Prawdziwe enemies to lovers wymaga tarcia, ideologicznego zderzenia, wzajemnej niechęci, która naprawdę coś kosztuje. Tutaj od początku czułam raczej lustrowanie się spod przymrużonych powiek niż realną wrogość. Owszem, Dacre był podejrzliwy, Nyra miała swoje sekrety, ale ich relacja bardzo szybko zaczęła kręcić się wokół pożądania. Emocjonalna więź? Gdzieś tam może próbowała dojść do głosu, ale została skutecznie zagłuszona przez obsesyjną chemię i kolejne sceny, w których wszystko miało być intensywne, mroczne i zakazane. NUDA!

“He was…distracting.”

I tu dochodzę do kolejnej rzeczy, która zwyczajnie mnie męczyła. Podziemne królestwo najwyraźniej bardzo chciało być gorące. Tylko że dla mnie sam ogień nie wystarczył, zwłaszcza gdy pod spodem nie było porządnie rozpalonych emocji. Sceny erotyczne same w sobie nie są problemem, ale jeśli zaczynają zastępować rozwój relacji, fabułę i budowanie świata, to ja zaczynam się czuć, jakbym dostała fanfik z budżetem marketingowym. Między Nyrą a Dacrem było dużo cielesnego przyciągania, mało prawdziwego poznawania się i jeszcze mniej zaufania, które uzasadniałoby intensywność ich więzi. Miałam wrażenie, że książka próbowała mi sprzedać wielkie, niszczące uczucie. To nie jest romans, który mnie przekonuje.

Co gorsza, momentami ta dynamika była po prostu niekomfortowa. Relacja bohaterów często opierała się na przekraczaniu granic, nacisku i schemacie, w którym jej opór zdawał się istnieć głównie po to, żeby za chwilę został zignorowany. Wiem, że część czytelniczek lubi takie klimaty w fikcji i nie zamierzam nikomu zaglądać do biblioteczki, ale mnie to zwyczajnie nie przekonało. Zwłaszcza że Nyra była wyraźnie bardziej niedoświadczona, zagubiona i podatna na wpływ niż Dacre. Zamiast napięcia czułam czasami niesmak.

podziemne królestwo

Do tego wszystkiego dochodzi problem tempa. Paradoksalnie Podziemne królestwo było szybkie, a jednocześnie sprawiało wrażenie, że niewiele się w nm wydarzyło. Czytało się błyskawicznie, bo rozdziały leciały, napięcie było stale podkręcane, a autorka umiała pisać w sposób przystępny i wciągający na poziomie czysto mechanicznym. Tylko że gdy zamknęłam książkę i spróbowałam pomyśleć, co właściwie z niej wyniosłam, odpowiedź brzmiała: niewiele. Sporo treningów, sporo przepychanek, trochę tajemnic, dużo pożądania, mało konkretu. To trochę jak fast food. Zjada się bez większego oporu, nawet z chwilową satysfakcją, ale godzinę później człowiek już jest głodny i trochę na siebie zły.

Nie mogę jednak powiedzieć, że wszystko było fatalne. Podobało mi się, że Podziemne królestwo miało pewną lekkość w odbiorze i nie ciągnęła się w nieskończoność. Podobał mi się też sam zalążek konfliktu między tyranią a rebelią, bo tam naprawdę tkwił potencjał na coś bardziej soczystego. Kilka pobocznych postaci, zwłaszcza siostra Dacre’a, wydawało się ciekawszych niż to, co główny romans pozwalał wydobyć z bohaterów.

Zakończenie również było pomyślane tak, żeby wywołać reakcję, i przyznaję, że ten finał miał w sobie coś złośliwie skutecznego. To był ten rodzaj końcówki, po której człowiek przez chwilę siedzi i trochę się nawet dziwi – tylko że u mnie nie była to ekscytacja, a raczej irytacja podszyta świadomością, że książka znowu bardziej liczy na szok niż na prawdziwe emocje.

“Power was meant to be controlled, but far too often it became blinding and instead became the master.”

Ostatecznie to była dla mnie książka rozczarowująca nie dlatego, że była kompletną katastrofą, tylko dlatego, że miała potencjał na coś lepszego. Widziałam w niej zalążek ciekawszej opowieści o dziewczynie pozbawionej mocy, która musi odnaleźć siebie pośród przemocy, polityki i własnych tajemnic. Widziałam możliwość stworzenia bardziej złożonej relacji między bohaterami, w której namiętność byłaby dodatkiem do emocjonalnej więzi, a nie jej zamiennikiem. Widziałam świat, który mógł wciągać, gdyby ktoś poświęcił mu odrobinę więcej uwagi. Niestety dostałam głównie atrakcyjny szkic. Taki, który czyta się szybko, ale równie szybko się o nim zapomina, chyba że akurat człowieka zirytuje na tyle, by wracał do niego myślami z lekkim niedowierzaniem.

Gdybym miała wystawić ocenę, Podziemne królestwo dostałoby 2,5 na 5 gwiazdek. Za tempo, za kilka obiecujących pomysłów i za to, że momentami jednak chciało się przewracać strony. To nie była najgorsza książka, jaką czytałam. Była po prostu irytująco przeciętna w przebraniu czegoś bardziej ekscytującego. To czasem boli bardziej niż jawnie zła lektura, bo przynajmniej przy złej człowiek od razu wie, na czym stoi. Tutaj przez długi czas miałam nadzieję, że zaraz zrobi się naprawdę dobrze. No i cóż. Nie zrobiło się.

 

Zobacz też: Rachel Schneider: Metal Slinger – rececnzja książki – tak dobra, jak obiecują?

Więcej o autorce – authorhollyrenee.com

Poprzednio Darwin's Paradox! – Poradnik Solucja i Wszystkie Sekrety – Pełne Przejście Gry
Następny Diablo IV Lord of Hatred - Recenzja - Mefisto upolowany