Czy Metal Slinger jest tak dobrą książką, jak obiecuje BookTok? Sprawdźmy!
Są takie książki, po których zamykam okładkę i wzdycham z satysfakcją. Są też takie, po których patrzę w ścianę i zastanawiam się, czy właśnie straciłam kilka godzin życia, których nikt mi nie odda. Metal Slinger nie należy do żadnej z tych kategorii w czystej postaci. To raczej ten trzeci przypadek: książka, przy której przewracam oczami, trochę marudzę pod nosem, a mimo to czytam dalej do trzeciej nad ranem, bo muszę wiedzieć, co będzie dalej. I to, proszę państwa, jest chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę wystawić.
Po niezliczonej serii rozczarowań w gatunku romantasy podchodziłam do tej historii z rezerwą graniczącą z nieufnością. Ile razy można czytać o dziewczynie, która „nie jest taka jak inne”, ma ukryte moce, dwóch podejrzanie przystojnych kandydatów do jej serca i świat wiszący na włosku? A jednak Rachel Schneider zrobiła coś, co rzadko się zdarza: sprawiła, że wszystkie te, dobrze mi znane, elementy złożyły się w historię, która naprawdę mnie wciągnęła.

Historia Metal Slinger zaczyna się dość ciekawie. Jest napięcie między ludźmi morza i ludźmi lądu, jest kruchy pokój, który aż prosi się o złamanie, jest coroczny targ, taki rytuał, który ma symbolizować współistnienie, a w praktyce stanowi prawdziwe pole minowe. Brynn, nasza główna bohaterka, należy do społeczności żyjącej na wodzie, wygnanej przed laty i zmuszonej do radzenia sobie w trudnych warunkach. Od dziecka trenuje, by zostać strażniczką. Oczekiwania wobec niej są proste – poświęcenie dla pracy, lojalność wobec wspólnoty. Wszystko to ze świadomością, że nawet najmniejszy błąd może kosztować wszystkich życie.
Oczywiście, już w pierwszych rozdziałach wszystko zaczyna się sypać lawinowo. Dochodzi do przypadkowego spotkania z wrogiem, które eskaluje do naruszenia traktatu… i nagle świat Brynn przestaje być stabilny. Lubię takie otwarcia. Bez zbędnych wstępów, bez połowy książki poświęconej budowaniu świata. Rzucenie czytelnika w sam środek chaosu działa na moją wyobraźnię znacznie lepiej niż pięć stron opisu koloru nieba nad portem. Środkowa część książki, kiedy bohaterowie są zdani głównie na siebie, to dla mnie moment lekkiego spowolnienia. Podróż, izolacja, dużo rozmów i introspekcji. To nie jest złe samo w sobie, bo obserwujemy jak relacja się pogłębia, a napięcie rośnie, aczkolwiek przy tak dynamicznym początku czułam delikatny zgrzyt. Zupełnie jakby książka na chwilę zapomniała, że wcześniej pędziła.
“and I realize I trust this man unequivocally. I’m pretty sure I’d follow him anywhere, including to my own death.”
Najwięcej emocji wzbudził we mnie jednak finał. Wiem, że wiele osób było nim kompletnie zszokowanych, ale nie należę do tej grupy. Pewne elementy wydawały mi się podejrzane już wcześniej, jednak sposób, w jaki to wszystko zostało rozegrane, naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Jednocześnie mam wobec tego zakończenia mieszane uczucia, bo z jednej strony jest odważne, a z drugiej część decyzji Brynn wydaje się słabo przemyślana. Jej reakcje na ogromne rewelacje dotyczące jej tożsamości i przeszłości są zaskakująco stonowane. Oczekiwałam nieco większego emocjonalnego chaosu, zamiast tego dostałam raczej chłodną kalkulację.
Świat przedstawiony w Metal Slinger to jeden z największych atutów tej książki, ale też może jeden z jej największych niedociągnięć. Podział na Alaha (lud morza) i Kenta (lud lądu) jest intrygujący, ma potencjał symboliczny i polityczny. Wygnanie, zależność ekonomiczna, napięcia społeczne… wszystko aż prosi się o głęboką analizę. I tu pojawia się mój pierwszy poważniejszy zarzut: wszystko to jest jakby zarysowane, ale nie zawsze rozwinięte. Czułam, że pod powierzchnią kryje się znacznie więcej. Historia wygnania, czy nawet relacje między przywódcami, albo skutki wielkiego głodu – momentami te elementy wydają się tłem, które ma uzasadnić akcję, zamiast być jej integralną częścią.
Nie mogę też zaprzeczyć, że czyta się to świetnie. Tempo jest szybkie, sceny akcji napisane z energią, a magia naprawdę ciekawa. Motyw manipulowania metalem i żywiołami ma w sobie coś świeżego. Problem polega na tym, że zasady działania tej magii bywają niejasne. Czasem miałam wrażenie, że jej granice przesuwają się w zależności od potrzeb fabuły. A ja naprawdę lubię wiedzieć, na czym stoję. Lubię, gdy system magiczny ma swoje reguły i konsekwencje (pozdrawiam Rachel Gillig!).
“You’ve been feeding me with the same dagger you put through a man’s eyeball?”
Polubiłam Brynn, choć nie bez zastrzeżeń. Jest silna, zdeterminowana, a całe życie musiała udowadniać swoją wartość. I to czuć. Jej relacja z przyjaciółmi, szczególnie z jednym z nich, jest jednym z ważniejszych elementów tej historii. A potem do jej życia wchodzi Acker. Nie jest to klasyczny mroczny bohater z traumą. Owszem, bywa klasycznie szorstki, bezczelnie pewny siebie, ale jest też zaskakująco szczery.
Ich relacja rozwija się w tempie, które teoretycznie można nazwać slow burnem, ale emocjonalnie momentami przypomina sprint. Z jednej strony mamy napięcie, nieufność, konieczność współpracy w ekstremalnych warunkach. Z drugiej – uczucia pojawiają się szybciej, niż wynikałoby to z logiki sytuacji. Czy mi to przeszkadzało? Trochę. Ale nie na tyle, by się zirytować. Jest w niej chemia, dialogi, które momentami przyprawiają o zadyszkę. I co najważniejsze,tu lojalność ma swoją cenę.
“The only way through it is through.”
Nie mogę też nie wspomnieć o drobiazgach, które wytrącały mnie z rytmu. Momentami dialogi bywały zbyt współczesne w tonie. Czasem reakcje bohaterów na dramatyczne wydarzenia były zaskakująco powściągliwe. A scena z pływaniem w oceanie z otwartą raną? Do dziś zastanawiam się, jakim cudem nie pojawił się żaden rekin, czy inny – nawet magiczny – drapieżnik. Może to moja wyobraźnia, ale naprawdę trudno było mi się skupić na romantycznym napięciu, gdy w głowie miałam wizję pożeranych kończyn.
Mimo wszystkich zastrzeżeń nie mogę powiedzieć, że Metal Slinger jest słabą książką. Wręcz przeciwnie. To jedna z tych historii, które mają w sobie iskrę. Może nie wszystko jest dopracowane, może niektóre wątki wymagają polerki, to jedna z lepszych historii, które ostatnio miałam okazję przeczytać. To romantasy, które potrafi być brutalne, momentami cyniczne, a przy tym nie rezygnuje z wątku emocjonalnego.
Wiem, że drugi tom przeczytam jak tylko ukaże się na rynku. Wiem, że zarwę noc, bo – mimo zakończenia, na które nieco narzekam – nie mogę się doczekać co będzie dalej. Choć narzekałam, zbyt wiele analizowałam a nawet momentami prychałam z niedowierzaniem, to w ostatecznym rozrachunku bawiłam się świetnie. W świecie przeładowanym przeciętnymi historiami to już naprawdę coś.
Zobacz też: Kaylie Smith: Enchantra – recenzja książki – dobra kontynuacja?



