Czy w Caught Up Navessa Allen powtórzyła sukces pierwszej książki w serii, czy kontynuacja okazała się wyraźnie słabszą próbą odtworzenia tego, co wcześniej zadziałało?
Po lekturze pierwszego tomu, Lights Out, podeszłam do Caught Up z nastawieniem osoby, która już raz dała się uwieść temu uniwersum i teraz liczy na powtórkę z rozrywki. Nie oczekiwałam literackiego objawienia, nie szykowałam się na powieść, która przewróci mój światopogląd do góry nogami i każe mi na nowo przemyśleć sens istnienia. Chciałam po prostu dobrze się bawić. Wiecie, trochę dramaturgii, trochę mroku, trochę tej przewrotnej chemii, która sprawia, że człowiek przewraca kolejne strony z błyskiem w oku i myśli: no dobrze, to jest absurdalne, ale przynajmniej wciąga. Tymczasem dostałam książkę, która bardzo chce być intensywna, a ostatecznie przypomina raczej długie, posępne wzdychanie nad własną dramatycznością.
Fabuła kręci się wokół Nico, zwanego Juniorem, oraz Lauren, jego dawnej znajomej z czasów młodości, do której on od lat żywi obsesję, choć oczywiście podrasowaną wielką, tragiczną, męską udręką. Junior funkcjonuje w świecie przemocy, rodzinnych układów i mafijnych zależności, więc rzecz jasna uznaje, że Lauren jest dla niego zbyt dobra, niewinna… zbyt wszystko. To standardowy pakiet bohatera, który najpierw rozwala kobiecie życie, a potem patrzy cierpiętniczo w dal, jakby należał mu się medal za to, że w ogóle odczuwa wyrzuty sumienia.
Po latach nasz bohater odkrywa, że Lauren nie jest już cichą i nieśmiałą dziewczyną, tylko pewną siebie kobietą, która funkcjonuje w przestrzeni związanej z erotyką, pracą seksualną i klubem zabaw. I tu zaczyna się romans z gatunku tych, które mają być niegrzeczne, mroczne oraz prowokacyjne. Szkoda tylko, że Caught Up okazało się, przede wszystkim, męczące.

Największy problem Caught Up polega na tym, że książka bardzo chce, żebym uznała obsesję za głębię uczucia, a toksyczność za magnetyzm. Ja naprawdę nie jestem szczególnie delikatną czytelniczką. Potrafię docenić moralnie szarych bohaterów. Lubię też kiedy romans nie jest grzeczny i przewidywalny jak instrukcja obsługi czajnika. Tutaj jednak wszystko jest podane tak serio, wręcz nabożnie, że w pewnym momencie zaczęłam się czuć, jakbym miała obowiązek wzdychać nad każdym kolejnym przejawem obsesyjnego zachowania Juniora.
Niestety, zamiast wzdychać, częściej przewracałam oczami. Bohater jest przedstawiany jako niebezpieczny, zepsuty, brutalny i pełen wewnętrznych ran, ale dla mnie przez większą część książki był po prostu nieznośnie nadęty. Taki typ faceta, który sądzi, że jeśli dołoży do swojego kiepskiego zachowania odpowiednio dużo traumy, to automatycznie stanie się fascynujący.
Lauren wypada od niego lepiej, choć i ona nie została poprowadzona tak dobrze, jak bym chciała. Na papierze to postać, którą powinno się uwielbiać. Jest świadoma siebie, otwarta, nie wstydzi się swojej seksualności, nie daje sobie wmówić, że ma żyć według cudzych zasad. Podobało mi się, że książka nie traktuje jej pracy ani preferencji jak czegoś, co trzeba wybielić albo ukarać. Lauren jest kobietą, która wie, czego chce, i nie prosi o zgodę na własne życie. Szkoda tylko, że przy całej tej obiecującej konstrukcji jako bohaterka bywa zaskakująco statyczna.
Mam wrażenie, że Caught Up bardziej interesuje się dramatami Juniora niż tym, co naprawdę dzieje się w Lauren. Ona momentami sprawia wrażenie osoby bardziej dojrzalej, nawet poukładanej i zwyczajnie bardziej gotowej do życia niż on, ale narracja uparcie sugeruje, że to jego wewnętrzna wojna jest tu osią wszechświata. Zupełnie jakby autorka uznałą, że postać kobieca może być ciekawa, ale tylko do momentu, aż na scenę wejdzie mężczyzna ze smutnymi oczami i marnym dzieciństwem.
“He’s ruthless; a walking red flag. Good thing red is my favorite color.”
Relacja tej dwójki miała być centrum powieści, a dla mnie była jej największą słabością. Druga szansa w romansie działa wtedy, kiedy czuć ciężar żalu, realne straty i chęć powolnego odbudowywania zaufania. Tutaj zabrakło mi właśnie tego „powolnego”. Dużo mówi się o dawnych ranach, ale emocjonalna droga od urazy do ponownego zbliżenia wydaje się dziwnie skrócona. Jakby autorka uznała, że skoro czytelnik już wie, iż oni mają do siebie chemię, to nie trzeba szczególnie przekonująco budować reszty.
A jednak trzeba. Zwłaszcza gdy opowieść usiłuje mnie przekonać, że ta wieloletnia obsesja wynika z wielkiej, nieprzepracowanej miłości, a nie z tego, że ktoś utknął emocjonalnie na etapie późnej adolescencji. Naprawdę brakowało mi tu większej ilości scen, które pokazałyby, dlaczego akurat ci dwoje są dla siebie tak ważni. Nie w teorii, ale w praktyce. Nie w deklaracjach, tylko w konkretnych interakcjach.
Kolejna rzecz to ton całej książki. Poprzednia odsłona tej serii miała w sobie więcej lekkości, humoru i tego przyjemnego szaleństwa, które pozwalało wybaczyć fabularne głupotki. W Caught Up jest bardziej ponuro, ale niestety nie idzie za tym większa siła emocjonalna ani większe napięcie fabularne. Jest mrok, owszem, ale taki raczej pozowany. Jest mafia, ale mam wrażenie, że działa głównie jako dekoracja dla bohatera, który dzięki temu może wyglądać jeszcze bardziej groźnie i tragicznie.
Stawka niby istnieje, zagrożenie niby wisi w powietrzu, tylko że mnie to wszystko zaskakująco mało obchodziło. W wielu momentach czułam się, jakbym czytała książkę, która sama w sobie jest przekonana o własnej intensywności i oczekuje, że ja też to po prostu kupię. Problem w tym, że intensywności nie da się wmówić. Albo ona działa, albo nie. Tu zdecydowanie nie działała.
“Just once, I wished someone else would make a goddamn decision so I didn’t have to think so fucking much all the time.”
Sceny erotyczne są, rzecz jasna, istotnym elementem tej powieści, i nie będę udawać, że to mnie oburza. Nie oburza. Po prostu sam element „spice” nie wystarcza, kiedy wszystko dookoła nie trzyma mnie na emocjonalnej uwięzi. Owszem, między bohaterami bywa gorąco, momentami wręcz ostentacyjnie gorąco, ale po pewnym czasie zaczęłam odbierać te sceny jak próbę przykrycia nimi braków w fabule i kreacji bohaterów. Kiedy nie czuję, że para naprawdę „współgra”, to nawet najbardziej śmiałe fragmenty nie zrobią na mnie wielkiego wrażenia.
Na plus zaliczam postaci poboczne, bo to one kilka razy ratowały mnie przed całkowitym znużeniem. Wnoszą trochę życia, trochę humoru, trochę energii, której brakuje głównemu duetowi. I to jest zarazem komplement oraz zarzut, bo nie lubię sytuacji, w której przy romansie najbardziej czekam na to, aż pojawi się ktoś z boku i rozładuje atmosferę. Nie po to przychodzę do historii o wielkiej relacji, żeby najwięcej radości dawały mi cameo oraz znajomi głównych bohaterów.
“When someone shows you who they are, believe them the first time.”
Końcówka Caught Up sprawia jednak wrażenie przyspieszonej. Kiedy przez dużą część książki bohaterowie krążą wokół swoich problemów, człowiek naturalnie oczekuje, że finał da temu wszystkiemu odpowiednią wagę. Tymczasem rozwiązania przychodzą szybciej, niż zdążyłam się nimi przejąć. Emocjonalne wątki domykają się trochę zbyt gładko, trochę zbyt wygodnie.
Najbardziej rozczarowało mnie chyba to, że ta książka miała wszelkie składniki, by być kolejną guilty pleasure. Druga szansa, mroczny romans, nieoczywista bohaterka, świat balansujący między przemocą a pożądaniem, do tego jeszcze obietnica obsesji i emocjonalnego chaosu. To naprawdę mogło zadziałać. Tymczasem wyszła historia, która jest bardziej ekscytująca w zapowiedzi na tylnej okładce. To książka, po której przeczytaniu łatwo powiedzieć jakie miała zadanie, ale trudniej wskazać, co naprawdę zrobiła. U mnie głównie wywołała irytację, zmęczenie i kilka złośliwych komentarzy pod nosem.
“Nothing is ever black and white.”
Ostatecznie Caught Up daję 2 na 5 gwiazdek. Nie dlatego, że wszystko tu jest fatalne. Właśnie nie. Najgorsze jest to, że książka jest momentami całkiem obiecująca. Ma przebłyski, ma niezłe pomysły, ma kilka elementów, które mogłyby złożyć się na naprawdę udany romans z pazurem. Finalnie bardziej mnie wymęczyła, niż porwała. Zasługiwałam przynajmniej na tyle emocji, ile obiecywał opis.
Zamiast tego dostałam powieść, która próbuje być niebezpieczna, ale jest głównie napuszona, próbuje być gorąca, ale nie zawsze trafia do celu. Caught Up próbuje być przejmująca, ale częściej wzbudza we mnie znużenie niż zachwyt. Da się to przeczytać. Da się nawet od czasu do czasu docenić jakiś fragment, ale jeśli miałabym wrócić do tego świata, to raczej z nadzieją, że następnym razem ktoś przypomni sobie, iż sama obsesja to jeszcze nie chemia. Caught Up to zmarnowany potencjał.
Zobacz też: Navessa Allen: Lights Out – recenzja – booktokowy HIT?
Więcej o autorce: navessaallen.com



