Ekipa wyburzeniowa to nowy film na Prime Video. Nie udaje ambitniejszego, niż jest w rzeczywistości i właśnie dzięki temu potrafi zaskakująco dobrze bawić.
Są takie filmy, które wychodzą na rynek bez większej kampanii marketingowej, bez krzyków z billboardów i reklam. One raczej nie próbują udowodnić, że zmienią historię kina. Ekipa wyburzeniowa jest właśnie takim przypadkiem. Odpaliłam ten film bez wielkich oczekiwań, z nastawieniem na jakieś przyjemne dla oka mordobicie i nieco rozwałki – w tym przypadku nie mogę narzekać. Dodatkowo, dostałam masę głupkowatych żartów i nieustanną kłótnię bohaterów… olbrzymich bohaterów. Dobra, muszę się przyznać. Jedynym, co zwróciło moją uwagę odnośnie Ekipy Wyburzeniowej był Jason Momoa.
Jest to ten typ kina akcji, który pachnie latami 80. i 90., nawet jeśli formalnie powstał w epoce streamingu oraz algorytmów. Dwóch facetów, którzy na pierwszy rzut oka mogliby grać w reklamach sieci siłowni, dostają role, gdzie potrzeba czegoś więcej. Głównymi postaciami są skłóceni od lat, obciążeni wydarzeniami z przeszłości, przyrodni bracia, obecnie zmuszeni do współpracy, bo ktoś zabił ich ojca, a policja umywa ręce.

Scenariusz nie raz i nie dwa ucieka w rejony boleśnie przewidywalne. Spisek deweloperski? Jest. Bogaty złol? Oczywiście. Yakuza w Honolulu, bo czemu nie? Film momentami zdaje się odhaczać kolejne punkty z checklisty kina akcji, jakby bał się, że jeśli czegoś zabraknie, to widz się obrazi. I czasem naprawdę czuć, że ta historia mogłaby być o pół godziny krótsza. Jednocześnie, i to jest dla mnie kluczowe, Ekipa wyburzeniowa ma świadomość swojej konwencji. Ona wie, że jest ordynarnym kinem akcji i nie udaje więcej. Brutalne sceny walk są faktycznie brutalne, czasem z dodatkiem krwawego absurdu. Humor bywa prostacki, czasem wręcz żenujący, ale wpisuje się w estetykę gatunku. Żarty na poziomie krocza są powszechne i momentami nawet śmieszne.
Najlepsze sceny nie są wcale tymi najbardziej wybuchowymi. Owszem, pościgi, strzelaniny i ręczne eliminowanie złoczyńców są solidne, choć momentami CGI aż kłuje w oczy. To, co zostaje w głowie, to chwile ciszy między braćmi. Ich bójka, brutalna, brudna, fizyczna szczególnie przypadła mi do gustu. To nie tylko zabawne mordobicie (uwielbiam takie sceny), ale też zaskakująco głębokie emocjonalne oczyszczenie. Scena po niej, gdy siedzą poobijani na asfalcie i w końcu zaczynają mówić o tym, co ich naprawdę boli, ma w sobie więcej szczerości, niż w tych podniosłych dramatach z wieloma nominacjami do nagród.

Na papierze brzmi to jak przepis na film, który widzieliśmy już sto razy. I tak, Ekipa wyburzeniowa absolutnie nie próbuje odkrywać koła na nowo. Wręcz przeciwnie, film się w tej znajomej strukturze odnajduje. Czy zawsze wychodziło dobrze? Nie. Czy momentami przewracam oczami? Owszem, ale jednocześnie… bawiłam się naprawdę dobrze. I nawet lepiej, niż w przypadku recenzowanego niedawno Łupu!
Największą siłą filmu jest oczywiście duet głównych aktorów. Dave Bautista i Jason Momoa to gwiazdy, które od lat krążą wokół siebie w popkulturowym kosmosie, ale dopiero tutaj dostają możliwość dobrej współpracy. Bautista gra Jamesa, czyli starszego, bardziej zdyscyplinowanego brata, byłego Navy SEAL-a, który trzyma emocje na wodzy. Momoa jako Jonny to zupełne przeciwieństwo: chaos, potargane włosy, nieustanny uśmiech podlany gniewem i traumą, a także policjant, który ewidentnie ma problem z autorytetami i alkoholem.
Widać było, że obaj aktorzy dobrze się czują w swoim towarzystwie, a ich ekranowa chemia nie jest efektem montażu czy szczęścia, tylko realnej energii. Są momenty, w których wystarczy jedno spojrzenie albo pół zdania, żeby scena zaskoczyła humorem albo emocjonalnym ciężarem. I to właśnie te momenty sprawiają, że Ekipę wyburzeniową ogląda się z przyjemnością, nawet gdy fabuła bywa zwyczajnie nudna.

Dużym atutem filmu jest też miejsce akcji. Hawaje nie są tu tylko ładnym tłem do wybuchów. Czuć, że twórcy chcieli oddać coś z lokalnej kultury, problemów i kontekstu. Obsada drugoplanowa jest pełna rdzennych aktorów, dialogi zahaczają o realne napięcia społeczne, a sama historia dotyka tematów zawłaszczania ziemi. To nadal kino rozrywkowe, ale z dodatkiem czegoś, co sprawia, że nie czuję się traktowana jak kompletna idiotka.
Widać, że reżyserowi zależało na tym, żeby Ekipa wyburzeniowa nie wyglądała jak kolejny streamingowy zapychacz, tylko jak film, który spokojnie mógłby trafić do kin. I szczerze, szkoda, że nie trafił. Czy wszystko tu działa? Nie. Humor bywa dziwaczny, niektóre żarty są boleśnie przestarzałe, a dialogi czasem brzmią, jakby pisał je ktoś z gimnazjum. I tak, momentami czuć, że film próbuje być jednocześnie wszystkim: komedią, dramatem rodzinnym, kinem akcji i komentarzem społecznym, przez co nieco traci.

Mimo tych wad… naprawdę mi się podobało. Lubię go za liczne sceny mordobicia, ordynarny humor, za chemię między aktorami i za to, że nie wstydzi się być tym, czym jest. Ekipa wyburzeniowa nie zostanie klasykiem gatunku, ale też nie musi. To solidna, momentami zaskakująco ciepła rozrywka, która przypomina, że kino akcji może być jednocześnie brutalne i emocjonalne. Chciałabym zobaczyć tych bohaterów jeszcze raz, może w lepszym scenariuszu. Jeśli powstanie sequel, obejrzę bez wahania. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę dać filmowi, który miał być tylko czymś na wieczór.



