Flintlock: The Siege of Dawn miał być raczej kolejnym nierzucającym się w oczy soulsem, jakich w ostatnich latach powstaje wiele. Zwykłą kalką dobrych pomysłów, pogrzebaną przez słabe wykonanie studia bez większego doświadczenia w tym gatunku. Byłem jednak bardzo zaskoczony tym, jak dobrze finalnie bawiłem się przy tej grze. Czy warto zagrać w Flintlock: The Siege of Dawn, zwłaszcza że produkcja jest dostępna w PlayStation Plus? Zapraszam do recenzji wersji na PlayStation 5!
Flintlock: The Siege of Dawn opowiada o Nor, saperce walczącej na froncie pod Świtem. To właśnie tam otwarto magiczne wrota, przez które do świata przedostają się hordy nieumarłych. Nikt do końca nie wie, co tak naprawdę się wydarzyło, ale musimy powstrzymać armię wrogów, zanim pochłonie cały świat. Z pomocą pistoletów, karabinów i czarnego prochu przebijamy się w stronę wrót, które mamy wysadzić. Na miejscu pojawia się jednak potężny strażnik, który dziesiątkuje naszą grupę uderzeniową. Nor udaje się uciec, ale misję można uznać za całkowicie nieudaną. Wrota pozostają otwarte, a hordy nieumarłych ruszają na świat. Z opresji ratuje nas tajemniczy bożek o imieniu Enki – mały lisek, który tłumaczy, że prawdziwym problemem nie są nieumarli, lecz źli bogowie przedostający się przez szczelinę. Musimy więc rozpocząć polowanie na bóstwa i zdobyć sojuszników potrzebnych do ponownego oblężenia Świtu.

Tak oto zaczyna się epicka przygoda, która prowadzi nas przez trzy rozbudowane mapy. Poznamy historie ocalałych z apokalipsy, uratujemy całe miasta przed bandytami i hordami nieumarłych, a także skompletujemy drużynę potrzebną do ostatecznego starcia. Powiem otwarcie, że historia bardzo mi się spodobała. Duet głównych bohaterów został świetnie zarysowany – Nor i Enki mają własne charaktery, poglądy, wady, zalety oraz odmienne spojrzenie na otaczający ich świat. Nie zawsze się z nimi zgadzałem, ale lubiłem ich słuchać, ponieważ łatwo można zrozumieć ich motywy i w pewien sposób je zaakceptować. To naprawdę bardzo dobrze napisani bohaterowie, którzy niosą na swoich barkach znaczną część scenariusza. Zadania dodatkowe również są niczego sobie i pozwalają lepiej poznać kulturę tego świata. Czasami będziemy wspinać się na górę, aby dostarczyć list córce jednego z ocalałych, a innym razem pomożemy zrehabilitowanemu bandycie odzyskać skarby, które zamierza oddać potrzebującym.
Rozgrywka w Flintlock: The Siege of Dawn to trzecioosobowa gra akcji z wyraźnymi elementami soulslike. Będziemy przechodzić kolejne etapy, szukać sekretów i walczyć z bossami, których – jak na ten gatunek – nie ma tutaj zbyt wielu. Świat jest jednak na tyle ciekawy, że jego eksploracja częściowo rekompensuje mniejszą liczbę starć z potężnymi przeciwnikami. Najbardziej spodobała mi się dynamika poruszania się naszej bohaterki. Nor dysponuje skokiem i unikiem, a obie te akcje może przedłużyć dodatkowym wybuchem czarnego prochu. Możemy więc dowolnie łączyć skoki i uniki, przerywając je eksplozją, która daje dziwnie przyjemne poczucie impetu. Nawet samo udźwiękowienie tej mechaniki sprawia, że zwykłe przemieszczanie się po świecie potrafi dawać satysfakcję.

Dzięki swoim zdolnościom Nor potrafi również przetrwać niemal każdy upadek z dużej wysokości. Wystarczy wykonać dodatkowy skok tuż przed lądowaniem, aby wybuch zniwelował siłę uderzenia. Bohaterka może też docierać do wysoko położonych miejsc, co twórcy wykorzystali podczas projektowania lokacji. Wszędzie znajdziemy ukryte skrzynie, dodatkową reputację oraz zwłoki żołnierzy, z których zbieramy amulety. Specjalne punkty ślizgu pozwalają natomiast dynamicznie przemieszczać się między kolejnymi platformami z pomocą magii Enkiego. Wszystko to sprawia, że ta stosunkowo niewielka i miejscami budżetowa gra nagle staje się bardzo dynamiczna. Poruszanie się po świecie wygląda efektownie, daje dużo swobody i zachęca do sprawdzania każdego zakamarka. Eksploracja nie jest tutaj tylko przerwą pomiędzy kolejnymi walkami, ale jednym z najmocniejszych elementów całej produkcji.
Walka w Flintlock: The Siege of Dawn jest kolejnym świetnym elementem, chociaż nie jest tak wymagająca jak w wielu innych soulsach. Mamy tutaj klasyczne uniki, różne rodzaje ataków i blokowanie, ale ponownie z pomocą przychodzą czarny proch, broń palna oraz magiczne zdolności Enkiego. Za pomocą pistoletu możemy przerwać niemal każdy silny atak przeciwnika. Co ciekawe, po odblokowaniu odpowiedniej umiejętności można zrobić to na dwa sposoby. Zwykły strzał oddany w dowolnym momencie po prostu anuluje atak wroga. Jeżeli jednak wystrzelimy w ostatniej chwili, wystawimy przeciwnika na dodatkowy cios krytyczny w zwarciu, podobny do tego wykonywanego po idealnym parowaniu lub ogłuszeniu.

Możemy więc ryzykować podczas potężnych ataków przeciwnika, aby zadać serię krytycznych obrażeń. Jeżeli jednak źle ocenimy moment, sami przyjmiemy bardzo mocny cios. Na koniec pozostaje magia Enkiego, która pozwala nakładać na przeciwników klątwy. Ich działanie zmienia się w zależności od założonego artefaktu oraz zakupionych umiejętności. Trafienie wroga dokładnie w momencie, w którym Enki nakłada klątwę, może nas uleczyć, zadać dodatkowe obrażenia albo wywołać magiczną eksplozję. Rzucenie klątwy trwa mniej więcej sekundę dłużej niż zwykły atak, dlatego nie wystarczy bezmyślnie wcisnąć dwóch przycisków jednocześnie. Musimy złapać odpowiedni rytm i dopasować działania Nor do ruchów Enkiego. Kiedy zaczyna to działać, walka staje się niezwykle płynna.
Za pokonywanie przeciwników otrzymujemy reputację, która w Flintlock: The Siege of Dawn jest praktycznie wszystkim. Za jej pomocą kupujemy nowe umiejętności, ulepszenia oraz stroje zmieniające wygląd bohaterki. Ciekawym elementem jest mnożnik reputacji, zwiększający się podczas wykonywania różnych działań w trakcie walki. Tracimy go jednak natychmiast po otrzymaniu obrażeń. Gra ponownie zmusza nas więc do przyjemnej zabawy ryzykiem. Czy kontynuujemy walkę, próbując zwiększyć mnożnik i zdobyć jeszcze więcej reputacji, czy też zabezpieczamy dotychczasową premię? Nawet pojedynczy atak słabego zombie potrafi wyzerować cały mnożnik, chociaż w późniejszej fazie gry zadaje nam znikome obrażenia. To ekscytująca mechanika, podobnie jak przerywanie najsilniejszych ataków za pomocą broni palnej. Nagroda jest duża, ale każda pomyłka może nas sporo kosztować.

Klasycznym minusem pozostaje praca kamery, która ewidentnie nie radzi sobie podczas większych starć. Kamera potrafi chaotycznie przeskakiwać pomiędzy przeciwnikami, a sam system namierzania jest mało intuicyjny. Kiedy wrogowie już nas namierzą, potrafią wykonywać bardzo nienaturalne ruchy – obracać się w powietrzu albo przesuwać o kilka metrów, byle tylko trafić bohaterkę. Podobnie jak w Black Myth: Wukong, przeciwnicy muszą za wszelką cenę dokończyć swój atak, a my jesteśmy zmuszani do wykonania uniku albo bloku. Czy twórcy przeżywają jakiś regres i odpowiednie pozycjonowanie bohatera w grach akcji przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie? Nie zachwyca również różnorodność przeciwników. Gra dość szybko zaczyna powtarzać te same rodzaje wrogów, a kolejne warianty często nie różnią się od siebie na tyle, aby znacząco zmienić sposób prowadzenia walki. Nie jest to problem niszczący rozgrywkę, ale przy dłuższych sesjach staje się zauważalny.
Kolejnym poważnym problemem Flintlock: The Siege of Dawn jest poboczna aktywność o nazwie Sebo. To jedna z najgorszych minigier, w jakie ostatnio grałem. Bardzo łatwo można odkryć prosty schemat pozwalający blokować przeciwnika, przez co Sebo nie posiada praktycznie żadnej głębi strategicznej. Po kilku partiach nie jest już wyzwaniem, tylko mechanicznym powtarzaniem tych samych ruchów. Teoretycznie możemy tę aktywność pomijać, ale zwycięstwa zapewniają naprawdę dużo reputacji. Całkowite zignorowanie Sebo może więc oznaczać kilka umiejętności albo ulepszeń mniej pod koniec zabawy, co z kolei utrudnia finałowe etapy. Minigra jest więc opcjonalna głównie na papierze i niepotrzebnie wybija z bardzo dobrego rytmu właściwej rozgrywki.

Flintlock: The Siege of Dawn nie jest nowym królem gatunku i w wielu miejscach wyraźnie widać jego ograniczony budżet. Kamera potrafi przeszkadzać, przeciwnicy zbyt agresywnie korygują swoje ataki, a Sebo jest aktywnością, której najchętniej pozbyłbym się z gry całkowicie. Nie zmienia to jednak faktu, że otrzymałem znacznie lepszą produkcję, niż początkowo się spodziewałem. Świetna mobilność, satysfakcjonujący system walki, ryzykowny mnożnik reputacji oraz bardzo dobrze napisany duet Nor i Enkiego sprawiają, że przy Flintlock: The Siege of Dawn bawiłem się naprawdę dobrze. Gra nie wymyśla soulslike’ów na nowo, ale posiada własny charakter i kilka pomysłów, które z przyjemnością zobaczyłbym w większych produkcjach. Jeżeli posiadacie PlayStation Plus i lubicie dynamiczne gry akcji, zdecydowanie warto dać jej szansę.
Podsumowanie
Pros
- Udany duet Nor i Enkiego oraz rozwój ich relacji
- System reputacji oparty na ryzyku i budowaniu mnożnika
- Przyjemna eksploracja, sekrety i opcjonalne wyzwania
- Satysfakcjonujące udźwiękowienie skoków, uników i wybuchów
Cons
- Przeciwnicy nienaturalnie korygujący kierunek ataków i pocisków
- Problemy z kamerą i namierzaniem podczas walki z większą grupą przeciwników
- Ograniczona różnorodność przeciwników



