Netflix w piątek wypuścił pierwszy sezon nowego serialu pt.: „Ragnarok”. Jako że uwielbiam mitologię słowiańską, nordycką i całą kulturę z tym związaną, nie mogłam przejść obok tego tytułu obojętnie. Wszak Ragnarok to największa bitwa między bogami a gigantami według wierzeń staroskandynawskich. I powiem szczerze – nie zawiodłam się ani przez chwilę.
FABUŁA (ostrzeżenie: jeśli nie chcesz spojlerów – nie czytaj tej części)
O czym jest serial? Dwóch braci Magne (David Stakston) i Laurits (Jonas Strand Gravli) wracają wraz z mamą (Henriette Steenstrup) w rodzinne strony, czyli do miasteczka Edda w Norwegii. Już na początku zdarza się się sytuacja, która pociągnie za sobą lawinę zdarzeń i odmieni życie przynajmniej tego pierwszego. Mianowicie Magne postanawia pomóc starszemu panu z przepaską na oku (hmmm… czyżby miał coś wspólnego z Odynem?), przy okazji spotykając również sklepikarkę z najbliższego spożywczaka (taką creepy babkę, która po zakupach rozpoznaje w jakim nastroju są ludzie), która go naznacza. I od tej pory się zaczyna… więc słuchajcie dalej.
Magne dostaje moce dedykowane mitologicznemu Thorowi, co zauważa stopniowo (mamy tu np. dubel ze Spider Mana, gdzie magicznie poprawia się wzrok i fryzura). Magne poznaje też Isolde, która jest córką jednego z nauczycieli i aktywistką ekologiczną, jednak ta ginie w okolicznościach wyjaśnionych przez policję lecz jak to bywa w takich serialach – wyjaśnionych byle jak i niezbyt skrupulatnie. Ogólnie Isolde powiązała zatrucie wody z lodowca oraz zmiany klimatu w okolicy z działalnością miejscowego potentata Jutul Industries, prowadzonego przez rodzinę największych wrogów bogów, czyli gigantów. Jakby tego było mało dwójka z nich to koledzy z klasy, ich matka jest dyrektorką, a ojciec to szanowany biznesmen zajmujący się firmą i zatrudniający przy tym przynajmniej połowę miasta. Brzmi ciekawie prawda?
Mamy już nakreślonego głównego bohatera, czyli fajtłapę z dobrym sercem, który dostaje boskie moce, głównego antagonistę (a nawet kilku, bo to cała rodzina), więc wiadomo, że dojdzie kiedyś do starcia. Duża część sezonu to czyste podchody. Obie strony próbują się dowiedzieć jak najwięcej o drugiej, rozpoznać przeciwnika i w ogóle dowiedzieć się czy ten przeciwnik to serio przeciwnik. Dopiero ostatnie odcinki dają nam coś więcej w kwestii walki niż słowne potyczki (które są w każdym razie dość ciekawe).
Tak czy inaczej główny wątek stanowi walka nastolatka z mocami Thora z rodziną gigantów, która przybiera naprawdę realistyczne barwy (chociażby jeden z ostatnich obrazów sezonu, gdzie na podstawie zeznań głównego bohatera uznaje się go za schizofrenika). Jest też masa wątków pobocznych, jak miłość giganta do ludzkiej dziewczyny, w której na dodatek podkochuje się Magne, wątek żałoby ojca Isolde, czy – prywatnie mój ulubiony – związany z Lauritsem. (Bo wiecie, że bratem Thora był Loki, i tak w ogóle to on był gigantem, tylko o tym nie wiedział, bo Odyn go adoptował, a był bóstwem zabawy, żartów i wszelkiego rodzaju przebieranek. Tak czy inaczej Laurits jest idealnym Lokim, o czym napiszę za chwilę.)
WRAŻENIA
Premiera była w piątek, jest niedziela, dla mnie nawet pracująca, a mam za sobą cały sezon (P.S. Piszę to w niedzielę, więc przepraszam za rozbieżność w czasoprzestrzeni). Sześć odcinków, przez które myślałam o rzuceniu etatu na rzecz serialu. A teraz Wam powiem dlaczego i to w punktach!
- Mitologia nordycka – jest tyle nawiązań (i nawet wyjaśnień na początku odcinka), że miło sobie przypomnieć jakieś szczegóły z tym związane.
- Zmiany klimatu – wszyscy odczuwamy ich efekty. W tym serialu pokazano, że to problem młodego pokolenia, bo jak to ujęła jedna z postaci „to wam zostawiamy ten syf”. To jest też jeden z celów Magne, który zaszczepiła w nim Isabel: pokazać, że to nie tak powinno być (przez to rozumiem na przykład wątek w sklepie, gdzie Isolde tłumaczy Magne, że woda z kranu nie nadaje się do picia, co potem zostaje potwierdzone). Magne staje się dzięki temu swoistym obrońcą ostoi człowieka i natury, w opozycji do zatruwającej fiordy Jutul Industries.
- Problemy współczesnej młodzieży – wykluczenie, niezrozumienie, brak poczucia własnej wartości lub wręcz jego nadmiar. Patrząc na ten serial z perspektywy rodzica (małego dziecka co prawda, ale kiedyś przecież dorośnie) przez chwilę się przestraszyłam. Chodzi tu o matkę głównych bohaterów, która stara się sobie radzić, jednak średnio jej to wychodzi, co bezczelnie zauważa jej młodszy syn.
- Ekipa ze SKAM – część obsady się powtarza, więc dla niektórych miło będzie zobaczyć znajome twarze. Ja SKAM nie oglądałam zbyt namiętnie, więc ucieszyłam się, że nie widzę tam Hollywoodzkich twarzy (czyt. non stop tych samych). A to jednak miła odmiana zobaczyć Thora trochę brzydszego niż w Avengersach.
- Loki – ta postać zachwyciła mnie, mimo iż jest drugoplanowa. Aktor genialnie poradził sobie z rolą śliskiego typa, który nie wiadomo po czyjej jest stronie. Mimo, że w kilku scenach widać ewidentnie jego naturę giganta (oficjalnie dalej nie wiadomo czy nim jest według serialu), to na koniec czyni wielkie show podczas norweskiego święta 17 maja, gdzie otwarcie wyśmiewa się z dyrektorki szkoły (będącą jedną z Jutulów).
- Romeo i Julia – jest też wątek romantyczny, który nie do końca był oczywisty, ale się wyjaśnił. Mamy zakazaną miłość olbrzyma i ludzkiej kobiety. Gry (Emma Bones) i Fjor (Herman Tømmeraas) mimo, że czują coś do siebie, nie mogą być razem, gdyż Fjor jest gigantem, co Gry powoli odkrywa, a dowód dostaje na koniec sezonu. Fjor jednak okazuje się nie być takim złym. Gdy dowiaduje się o chorobie ojca ukochanej, której powodem była praca w rodzinnej firmie olbrzymów, postanawia wypłacić mu „od siebie” odszkodowanie z tego powodu. Dodatkowo, pomimo iż Magne jest jego wrogiem, wyjawia mu prawdę o skrytym pod lodowcem „materiale”.
PODSUMOWANIE
Dla mnie był to serial, który obejrzałam z zapartym tchem. Sześć odcinków minęło jak chwila i czekam na drugi sezon. I możecie mówić, że jestem dziecinna, że za dużo podchodów, że nie ma znanych aktorów… Ale to mi się właśnie podoba. To jest jak mitologia opowiedziana od nowa i do tego, zmuszająca do refleksji. Ragnarok to nie tylko bitwa, to też koniec świata. Powiązanie całej historii z problemami klimatycznymi na naszej planecie w pewnym momencie da taki efekt, że zapytacie się właśnie, czy mamy swój mały Ragnarok.
Dla chętnych, poniżej link do zwiastuna:

9 komentarzy