Steam znalazł się pod kolejną prawną presją w Europie, a tym razem chodzi o coś, co może zaboleć zwykłych graczy bardziej niż kolejna wojna platform: ceny cyfrowych gier. Holenderska fundacja Consumer Competition Claims uruchomiła akcję GameClaim przeciwko Valve i twierdzi, że użytkownicy Steam przez lata płacili za gry oraz dodatki więcej, niż powinni. Według wstępnych wyliczeń szkoda po stronie holenderskich konsumentów ma przekraczać 220 milionów euro, a przeciętny gracz mógł przepłacić ponad 130 euro. Valve nie zostało jeszcze klasycznie „skazane” ani nie przegrano żadnego procesu, ale sama sprawa jest dla firmy bardzo niewygodna, bo uderza prosto w fundament Steama: jego dominującą pozycję na rynku PC.
Fundacja zarzuca Valve nadużywanie pozycji największej platformy cyfrowej dystrybucji gier komputerowych. W praktyce chodzi o mechanizm, który od lat budzi kontrowersje w branży: wysoka prowizja Steama, sięgająca zazwyczaj 30 procent od sprzedaży, ma według organizacji wpływać na ceny nie tylko na samej platformie Valve, ale również w innych sklepach. Jeżeli wydawca musi oddać dużą część ceny Steamowi, to ma podnosić cenę bazową gry, a następnie utrzymywać ją również tam, gdzie prowizje są niższe. Fundacja wskazuje między innymi na Epic Games Store czy Microsoft Store, gdzie opłaty dla platform mogą być znacznie mniejsze, ale ceny często pozostają podobne.
Najbardziej zapalny zarzut dotyczy jednak nie samej prowizji, lecz domniemanych ograniczeń cenowych. Consumer Competition Claims twierdzi, że Valve ma uniemożliwiać albo skutecznie zniechęcać wydawców i deweloperów do oferowania tych samych gier taniej poza Steamem. To właśnie ten element może najbardziej zainteresować regulatorów i sądy, bo nie chodzi już tylko o pytanie, czy 30 procent to dużo. Chodzi o to, czy największy sklep PC mógł przez lata blokować realną konkurencję cenową. Dla gracza różnica jest prosta: jeżeli gra mogłaby kosztować mniej w innym sklepie, ale wydawca nie może lub boi się tego zrobić, to konkurencja istnieje głównie na papierze.

Valve od lat odpiera podobne zarzuty i podkreśla, że nie narzuca cen na innych platformach. Firma oraz jej szef Gabe Newell w przeszłości przekonywali, że gracze mają ogromny wybór: mogą kupować gry w innych sklepach, bezpośrednio od twórców, na konsolach albo w usługach konkurencji. Problem polega na tym, że Steam jest dla wielu wydawców praktycznie obowiązkowym miejscem sprzedaży. Dla milionów graczy to podstawowa biblioteka, lista znajomych, system osiągnięć, chmura zapisów, warsztat modów, recenzje i promocje. Teoretycznie alternatywy istnieją. Praktycznie wielu użytkowników i tak wraca na Steam, nawet jeśli dana gra jest dostępna gdzie indziej.
W tym właśnie tkwi siła i słabość całej sprawy. Steam jest jednocześnie platformą, którą gracze bardzo lubią, i usługą, której dominacja budzi coraz większe pytania. Trudno przekonać społeczność PC, że Valve jest czarnym charakterem, gdy ta sama firma daje wygodne zwroty, ogromne wyprzedaże, stabilny klient, rozbudowaną bibliotekę i często lepsze doświadczenie niż konkurencja. Z drugiej strony wygoda nie odpowiada na pytanie, czy rynek działa uczciwie. Jeżeli jedna platforma jest tak ważna, że wydawcy nie mogą jej zignorować, to jej zasady zaczynają wpływać na cały ekosystem cyfrowych gier.
Holenderska akcja nie ogranicza się wyłącznie do zakupu pełnych wersji gier. Fundacja wskazuje również na mikropłatności, dodatki, waluty premium, skórki, loot boxy i przepustki sezonowe. Jeżeli gracz kupił grę na Steamie, to dodatkowa zawartość bardzo często również przechodzi przez Steam Wallet, a Valve pobiera swoją prowizję od kolejnych transakcji. Dla graczy oznacza to wygodę jednego konta i jednego portfela, ale dla organizacji konsumenckich jest to kolejny przykład zamknięcia użytkownika w konkretnym ekosystemie. Po zakupie gry cyfrowej nie zawsze można realnie wybrać tańszą drogę do dodatków, nawet jeśli technicznie istnieją inni pośrednicy.
Warto podkreślić, że obecnie holenderska fundacja nie mówi jeszcze o natychmiastowym finale w sądzie. Consumer Competition Claims wysłała do Valve pismo, w którym wzywa firmę do odpowiedzialności, i chce najpierw doprowadzić do rozmów oraz ewentualnego porozumienia. Jeżeli to się nie uda, organizacja zapowiada postępowanie sądowe w imieniu holenderskich graczy. Taki proces może potrwać latami, więc nikt nie powinien oczekiwać szybkich przelewów na konto. Stawką jest jednak nie tylko potencjalne odszkodowanie, ale też zasady działania największego sklepu z grami PC.

Sprawa ma szerszy europejski kontekst. Valve było już karane przez Komisję Europejską za praktyki związane z geoblokowaniem kluczy Steam, czyli ograniczaniem aktywacji tańszych kodów z jednych krajów Unii Europejskiej w innych. Ten temat był szczególnie drażliwy, bo uderzał w jedną z podstawowych zasad wspólnego rynku: możliwość swobodnego kupowania produktów i usług w UE bez sztucznego dzielenia klientów według kraju. Dziś Holendrzy używają tego jako argumentu, że praktyki Valve nie są wyłącznie teoretycznym problemem konkurencji, lecz czymś, co już wcześniej trafiało pod lupę europejskich instytucji.
Podobna presja rośnie również poza Holandią. W Wielkiej Brytanii Valve mierzy się z dużym pozwem zbiorowym dotyczącym prowizji, cen i ograniczeń nakładanych na wydawców. Tam sprawa została dopuszczona do dalszego postępowania i obejmuje miliony użytkowników. To nie oznacza, że Valve automatycznie przegra, ale pokazuje zmianę klimatu wokół cyfrowych platform. Jeszcze kilka lat temu gracze najczęściej kłócili się o ekskluzywność Epic Games Store i niewygodę launcherów. Teraz coraz częściej dyskusja dotyczy pieniędzy, prowizji, prawa konkurencji i tego, kto naprawdę ustala ceny w cyfrowej dystrybucji.
Dla polskich graczy ta sprawa też nie jest abstrakcją. Nawet jeśli holenderska akcja dotyczy na razie konsumentów z Holandii, ewentualne rozstrzygnięcie może odbić się na całym rynku europejskim. Jeżeli sąd albo ugoda wymusi zmianę zasad, wydawcy mogą dostać większą swobodę w oferowaniu niższych cen poza Steamem, a gracze mogą częściej porównywać realne oferty między sklepami. Jeżeli Valve wygra, będzie to z kolei mocny sygnał, że obecny model platformy jest trudny do podważenia, nawet przy ogromnej skali i dominującej pozycji.
Najciekawsze jest to, że Steam pozostaje jedną z najbardziej lubianych usług w branży gier, a mimo to coraz częściej staje się celem organizacji konsumenckich i pozwów. To nie jest klasyczna historia o firmie, której gracze nienawidzą. To raczej pytanie, czy wygoda, wyprzedaże i ogromna biblioteka wystarczą, by przymknąć oko na mechanizmy, które mogą podbijać ceny całemu rynkowi PC. O tym, dlaczego gracze kochają Steam, a deweloperzy często patrzą na jego prowizje znacznie mniej entuzjastycznie, pisaliśmy już szerzej w tekście Dlaczego gracze kochają Steam, a deweloperzy mają z nim problem.
Spór o Steam wpisuje się też w większy trend: cyfrowe gry coraz rzadziej są tylko prostym zakupem produktu, a coraz częściej elementem zamkniętego konta, regulaminu, portfela, biblioteki i platformy płatniczej. Niedawno pisaliśmy również o tym, że fizyczne karty Steam znikną ze sklepów, co jest kolejnym symbolem przesuwania całego rynku w stronę pełnej cyfryzacji. Holenderska akcja GameClaim dokłada do tego jeszcze jeden niewygodny wątek: nawet jeśli kupowanie gier cyfrowych jest wygodne, gracze coraz częściej zaczynają pytać, czy ta wygoda nie kosztuje ich więcej, niż powinna.


