007 First Light to pierwsza od wielu lat duża gra o przygodach agenta Jamesa Bonda. Tym razem twórcy zabierają nas do początków kariery popularnego szpiega, który jeszcze jako operator śmigłowca trafia na tereny wroga i ze wsparciem MI6 oraz Moneypenny próbuje wydostać się z potrzasku, przy okazji realizując cele misji. Czy legenda Bonda dalej żyje w 007 First Light i czy warto zagrać na PlayStation 5? Zapraszam do recenzji!
Oczywiście Bondowi udaje się uciec i zrobić przy tym trochę zamieszania podczas misji, co niespecjalnie przypada do gustu operatorce MI6. Tajemnicza kierowniczka organizacji, ukrywająca się pod pseudonimem M, postanawia jednak dać młodemu agentowi szansę i wkręca go w świeżo reaktywowany program 00. To dopiero pierwsza godzina akcji, a nie opowiedziałem nawet połowy tego, co się tam wydarzyło. 007 First Light jest gęste od pędzącej do przodu fabuły, która jest spójna i mocno skupiona na przedstawieniu początków kariery agenta 00. Gra działa trochę jak interaktywny film, w którym co jakiś czas przejmujemy stery nad bohaterem, ale nawet wtedy rzadko wychodzimy z roli. Więcej czeka nas tutaj oskryptowanych momentów, efektownych walk i precyzyjnie wyreżyserowanych scen niż luźnej, swobodnej zabawy. Do tego w grze znajdziemy sporo smaczków nie tylko z filmów o 007, ale też z innych produkcji szpiegowskich.

To oczywiście nie jest wada, tylko potężna zaleta, bo 007 First Light od samego początku jest nastawione na fabułę, tempo i widowiskową historię akcji. Gra stanowi też świetną wycieczkę po różnych miejscach na świecie. Oprócz bazy MI6, zbudowanej gdzieś w historycznych ruinach i ukrytej poza radarem każdego, przyjdzie nam infiltrować turniej szachowy na Słowacji albo szukać informacji na czarnym rynku powstałym wśród ruin zezłomowanych statków handlowych. To właśnie ta ostatnia lokacja sprawia, że szczęka opada na ziemię. Liczba świetnych szczegółów, drobnych ciekawostek i klimatycznych zakamarków na czarnym rynku jest niesamowita, a sam projekt tego miejsca sprawia, że po prostu chce się je zwiedzać, mimo że teoretycznie nie powinniśmy czuć się tam zbyt bezpiecznie. Do tego przy produkcji zatrudniono profesjonalnych aktorów, przez co całość jeszcze mocniej przypomina interaktywny film akcji.

Najlepsze jest to, że 007 First Light naprawdę rozumie, czym powinien być Bond w grze wideo. Nie chodzi tylko o smoking, szybkie samochody, broń z tłumikiem i suche komentarze rzucane po akcji. Chodzi o poczucie, że każda scena ma własny rytm, własny mały haczyk i własną stawkę. Raz jesteśmy cichym obserwatorem, który zbiera informacje i próbuje nie zwracać na siebie uwagi, innym razem improwizujemy po totalnej katastrofie, a chwilę później uciekamy przed całą armią ludzi, którzy nagle bardzo chcą, żeby Bond zniknął z powierzchni ziemi. Twórcy świetnie bawią się tym kontrastem. Młody Bond nie jest jeszcze legendą, ale już teraz ma ten bezczelny błysk w oku, przez który trudno mu nie kibicować.
W tej samej lokacji gra pozwoli nam też przez chwilę realizować cele misji po swojemu. Te będą polegały na zdobyciu 100 tysięcy dolarów, aby dostać się na aukcję lokalnego watażki. To od nas zależy, jak zrealizujemy ten cel, ale problem polega na tym, że po osiągnięciu wymaganego progu gra wymusza pójście dalej, a wszystkie pozostałe, niezrobione aktywności automatycznie przepadają. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że ciągłość historii jest dla 007 First Light ważniejsza niż sama gra i w takich momentach rozgrywka niestety na tym cierpi. Jako gracz chciałbym mieć możliwość przetestowania wszystkiego, co oferuje Czarny Rynek w Aleph, a tak nie miałem przyjemności sprawdzenia swoich umiejętności strzeleckich na amatorskiej strzelnicy czy wzięcia udziału w skorumpowanym turnieju bokserskim. Takich momentów jest kilka. Przez większość czasu gra idzie dosyć liniowo, wysyłając nas od punktu do punktu po ściśle określonej trasie, ale te nieliczne swobodne fragmenty, które sprawiają, że 007 First Light zapadnie mi w pamięć na dłużej, nie pozwalają wyczerpać ich w 100%.

W 007 First Light przyjdzie nam też okazjonalnie strzelać, ale znacznie więcej czasu będziemy po prostu bić się pięściami. Gra posiada bardzo klimatyczny podział na poziomy zagrożenia, który wpływa na dostępne opcje. Jest tryb bezpieczny, zielony, w którym możemy spokojnie się przemieszczać, pozyskiwać informacje i używać gadżetów do różnych celów. Potem pojawia się tryb wtargnięcia, gdy wrogowie zaatakują nas, jeśli tylko nas zauważą, a my korzystamy z gadżetów i treningu, aby ich eliminować albo przechodzić obok niepostrzeżenie. Na końcu jest tryb czerwony, czyli klimatyczna licencja na zabijanie. Bond nie może strzelać do wrogów, dopóki ci nie zaczną strzelać do niego albo dopóki nie dostanie zgody od Moneypenny na otwarcie ognia. Wtedy zaczyna się zabawa, bo gra ma świetne mechaniki związane z gadżetami i strzelaniem w czułe punkty. Możemy użyć lasera, aby oślepić wroga, ale możemy też trafić z broni palnej w rękę przeciwnika, by ten upuścił broń albo nawet odbezpieczony granat. Trafienie w beczkę robi efektowne wybuchy, a dobrze rzucona kieszonkowa mina jest w stanie wyeliminować całą grupę przeciwników. Możemy nawet hakować granaty za pomocą gadżetów, przez co te rzucone przez wrogów nie wybuchają.
Podoba mi się też to, że gra nie próbuje robić z Bonda zwykłego superżołnierza. On potrafi sobie poradzić, ale nie jest chodzącym czołgiem. Często trzeba kombinować, wykorzystywać otoczenie, rozbrajać przeciwników, zmieniać broń i korzystać z gadżetów wtedy, kiedy faktycznie ma to sens. Dzięki temu nawet prosta walka w korytarzu potrafi zamienić się w małą scenę akcji, w której ktoś gubi pistolet, ktoś inny dostaje własnym granatem, a Bond wychodzi z tego z miną człowieka, który oczywiście wszystko miał pod kontrolą. Oczywiście nie zawsze działa to idealnie, ale kiedy systemy się zazębiają, 007 First Light potrafi dać naprawdę dużo frajdy.

007 First Light słabiej radzi sobie jednak z tymi bardziej normalnymi elementami gry. Świat jest bogaty i szczegółowy, ale jednocześnie nie zawsze dobrze komunikuje dostępne opcje interakcji, a nasz bohater bywa mało responsywny. Wspinanie się i schodzenie jest możliwe tylko w określonych miejscach, bardzo wyraźnie oznaczonych wszelkiej maści farbami, płachtami i innymi znacznikami, które trochę psują harmonię bardzo ładnego świata gry. Do tego samo schodzenie i wspinanie potrafi być utrudnione, bo nasz bohater przy krawędzi potrafi równie dobrze zeskoczyć, jak i bezpiecznie zejść. Podobnie wygląda kwestia osłon. Przejście z kucania do biegu, gdy musimy szybko zmienić pozycję, jest bardzo powolne i z czasem przestałem w większym stopniu korzystać z osłon. Zwłaszcza że zawsze mamy tylko kilka pocisków w broni, niezależnie od tego, czy mowa o uzbrojeniu otrzymanym na początku misji, czy znalezionym po drodze. Podczas walki gra ciągle wymusza na nas poszukiwanie nowego sprzętu, więc można zapomnieć o spokojnym czekaniu za osłoną.
Najbardziej szkoda mi właśnie tego, że 007 First Light ma pomysły na bardzo fajną, szpiegowską piaskownicę, ale tylko czasami pozwala jej naprawdę oddychać. Gdy gra daje nam przestrzeń, gadżety, kilka ścieżek i konkretny cel, natychmiast robi się ciekawiej. Wtedy można poczuć, że nie tylko oglądamy kolejną scenę, ale faktycznie uczestniczymy w misji. Problem w tym, że takich fragmentów nie ma aż tak dużo, jak bym chciał. Produkcja bardzo szybko zabiera nas za rękę i prowadzi dalej, bo scenariusz musi pędzić do następnej efektownej sekwencji. Rozumiem tę decyzję, ale jednocześnie trudno nie pomyśleć, że pod spodem kryje się gra z potencjałem na coś większego, bardziej swobodnego i bardziej angażującego mechanicznie.

Na PlayStation 5 007 First Light robi bardzo dobre pierwsze wrażenie przede wszystkim dzięki oprawie, reżyserii scen i świetnie zaprojektowanym lokacjom. To nie jest gra, w której zatrzymujemy się co pięć minut tylko po to, żeby podziwiać tekstury ścian, ale całość ma wyraźny styl i bardzo dobrze sprzedaje klimat wielkiej, szpiegowskiej przygody. Twarze postaci, animacje, praca kamery i przejścia między rozgrywką a przerywnikami budują wrażenie produkcji robionej z dużą świadomością filmowego dziedzictwa Bonda. Gdy do tego dochodzi muzyka, tempo dialogów i elegancko podana intryga, naprawdę łatwo dać się wciągnąć. Nawet jeżeli pod palcami czasem czuć, że sterujemy grą bardziej sztywną, niż sugerowałaby jej kinowa prezentacja.
007 First Light jest dokładnie tym, czym ma być i nawet nie próbuje udawać innej gry. To trochę Uncharted z bardziej skupioną historią i mocniejszym naciskiem na jej przedstawienie. Sama rozgrywka miejscami na tym cierpi, ale na koniec zostaje niesamowita satysfakcja i frajda z poznania tej historii. 007 First Light może być cudownym początkiem całkowicie nowej serii, która ma szansę stać się dla gier tym, czym filmy o Bondzie są dla kina. Miejscami ta produkcja robi nawet lepszą robotę niż to, co widzimy na dużym ekranie. Bo czym innym jest oglądać efektowną akcję w kinie albo na telewizorze, a czym innym być jej czynnym uczestnikiem, nawet jeśli naprawdę fantastyczne i zapadające w pamięć momenty przecina dosyć średnia rozgrywka, która prawie zawsze stoi na drugim miejscu za historią. Czy to dobrze, czy źle, pozostawiam Wam do decyzji. Jest wiele gier, w których gameplay schodzi na drugi plan, od symulatorów chodzenia po interaktywne przygodówki pokroju Until Dawn. Może gry akcji czasami też potrzebują być bardziej jak 007 First Light, a mniej jak typowe Uncharted czy The Last of Us.
007 First Light możesz kupić w Sklepie z Grami
Podsumowanie
Pros
- Angaż zawodowych aktorów się opłacił, grę przyjemnie się ogląda
- Świetny, szpiegowski scenariusz pełen smaczków dla fanów serii
- Pewna swoboda przy rozwiązywaniu zadań
- Wciągający interaktywny film
Cons
- System walki jest wyjątkowo średni
- Czasami historia jest tak ważna, że nie pozwala nam spokojnie pobawić się światem gry



