Avatar: From the Ashes – Recenzja – Niczym Feniks z Popiołów!


Avatar: From the Ashes to trzeci fabularny dodatek do gry Avatar: Frontiers of Pandora i pierwszy, który w zasadzie mógłby być samodzielną grą. Dodatek mocno przebudowuje strukturę znanej nam gry, ale czy jest tak samo ciekawy, jak oryginał? Zapraszam do recenzji!

Avatar: From the Ashes skupia się tym razem na historii So’leka, dobrze znanego i lubianego bohatera oryginalnej odsłony gry. Akcja rozpoczyna się jakiś czas po wydarzeniach z gry oraz dzieje się mniej więcej w czasie akcji najnowszego filmu z serii, czyli Avatar: Ogień i Popiół. Nasz bohater, trafia w sam środek ognistego piekła, kiedy to RDA postanawia ponownie położyć łapy na lesie, który jest głównym miejscem akcji gry. Znane nam obszary zostają spalone, dawno zniszczone bazy odbudowane, a na dodatek pojawiają się nowe obszary zurbanizowane. Agresywne wypalanie to nie jest już tylko sposób przygotowania planety pod zasiedlenie, ale najlepszy sposób walki ludzi z agresywną fauną Pandory.

Avatar: From the Ashes – Lepsze niż podstawka? Recenzja PL

Historia w Avatar: From the Ashes jest dużo bardziej narracyjna, niż przyzwyczaił nas do tego oryginał. Misje będą pełne fantastycznych sekwencji akcji, pełnych skryptów oraz świetnej reżyserii. Gra będzie nas pod tym względem regularnie zaskakiwać, kiedy to w jednym zadaniu zmierzymy się z potężnym stworem przejętym przez ludzi, a w drugim będziemy ścigać jedną z Mangkwan. Dokładnie tak, pojawia się także zdradzieckie plemię ognia, które uczy RDA walki z mieszkańcami Pandory. Akcja skupia się też bardziej na głównym bohaterze. Sarentu pojawia się i gra dużą rolę w fabule gry, ale tym razem przejął on te miejsce, które wcześniej zajmował właśnie So’lek. Dowiemy się nawet jak miał na imię główny bohater podstawowej gry. Dzięki takiej narracji, So’lek jest dużo ciekawszym bohaterem, bardziej spójnym i do tego dobrze nam znanym. Ma dobrze zarysowaną historię, a jego przydomek kolekcjonera nieśmiertelników ma też poparcie w rozgrywce, bo po każdym pokonanym Mangkwan otrzymamy właśnie jego nieśmiertelnik.

Pojawiają się różne motywy poruszone w najnowszym filmie.

Rozgrywka w Avatar: From the Ashes jest dużo bardziej nastawiona na akcję, niż poprzednio. W świecie gry nie znajdziemy tyle znajdziek, nie będziemy bezużytecznie latać między kropkami, a nawet nie będziemy szukać szczególnych materiałów do wytwarzania przedmiotów. Teraz przedmioty zdobywamy za wykonywanie zadań w grze, a ulepszamy je tylko uniwersalnymi zasobami. Koniec z szukaniem legendarnej trzciny potrzebnej do ulepszenia łuku, teraz wystarczy każda trzcina (chociaż ta i tak występuje tylko w jednym miejscu w grze). Na mapie znajdziemy głównie bazy i obozy ludzi, które mamy pacyfikować, a pozostałe elementy zostały raczej przed graczem ukryte. Tutaj głównie chodzi o skrytki bohatera, które znajdziemy tylko dzięki mapie w naszym obozie oraz miejsc, gdzie zwiększymy nasze punkty życia, a te możemy znaleźć jedynie szukając białych kwiatów na mapie.

No właśnie, obóz, a w zasadzie kryjówka bohatera w Avatar: From the Ashes to punkt centralny naszej gry i miejsce, do którego musimy nauczyć się wracać by ułatwić sobie zabawę. Tutaj znajdziemy zawsze dostępną amunicję, przedmioty lecznicze, a nawet niektóre zasoby. Gotowanie zostało zmienione, teraz bonusy trwają znacznie krócej, a przedmioty do gotowania są łatwiej dostępne, co będzie na nas wymuszać ciągłe używanie jedzenia, by zyskać potężne wzmocnienia. Naturalne więc zdaje się regularne tworzenie kolejnych porcji jedzenia po każdej z dłuższych misji. W bazie znajdziemy też eleganckie stoiska z odblokowaną bronią i pancerzami, a nawet będziemy mogli medytować, by zwiększyć nasz pasek punktów życia. To duża zmiana w rozgrywce w stosunku do oryginału, gdzie Sarentu był raczej obywatelem świata i załatwiał potrzebne sprawy akurat tam, gdzie mógł, a nie w swoim własnym domu czy też kryjówce.

Nasza kryjówka to świetne miejsce do którego chcemy wracać i ważny punkt na mapie gry.

System walki został także bardzo rozbudowany. Znaczna część umiejętności So’leka w drzewku to umiejętności ofensywne, a jedna czwarta tych umiejętności skupia się jedynie na naszym nowym trybie szału, w który może wpaść bohater. Nasz dzielny partyzant ma dziesiątki sztuczek do walki, których nie znał poprzedni bohater, a z czasem nauczy się nowych. Jest w stanie niszczyć wrogie mechy celnym strzałem w szybę kokpitu, a nawet zakradać się i po cichu eliminować najcięższych przeciwników. W walce ciągle używamy trybu szału, bo ten ładuje się bardzo szybko, a w trakcie potyczek pomagać nam będzie nieraz nasz Ikran. Niestety muszę tutaj powiedzieć, że AI wrogów jest wybitnie słabe. Nie raz wrogowie nie reagują na cichą eliminację wroga tuż obok, kiedy ten nas zauważył i zaczął krzyczeć, a czasami nawet wybuchy nie aktywują ich zainteresowania. W walce wrogowie po prostu do nas biegną, tylko powierzchownie szukając schronienia. Obojętnie od poziomu trudności, walka w Avatar: From the Ashes jest naprawdę wciągająca i efektowna, ale jednocześnie zbyt prosta, bo wróg nie będzie stanowić wyzwania.

Czy jest dzień czy noc, Pandora wygląda po prostu fantastycznie.

Nawet okazjonalne walki z bossami, które są bardzo klimatyczne i dobrze wyreżyserowane, sprowadzają się tylko do rozwiązania prostych zagadek typu zniszczenie jakiejś części na wrogu lub też zwykłej wymianie kul. Bossowie mają dużo punktów życia i walcząc z na przykład mini bossami Mangkwan, to cały epicki pojedynek polega na wciśnięciu tylu pocisków we wroga, by go pokonać, a że ma on dużo punktów życia, to chwilę to trwa. Ci nawet nie będą uciekać czy wykorzystywać terenu by zyskać przewagę, najczęściej stoją lub patrzą na nas. A my wystarczy że użyjemy apteczki, by móc wygrać w tym pojedynków na pociski z karabinu. Trochę został tutaj zmarnowany potencjał, bo można było do całej reżyserii dodać naprawdę ciekawe mechaniki walki, a nie zwykłe okładanie się pociskami. Do tego gra niepotrzebnie nam ułatwia robotę w takich sekwencjach. Wiele razy na przykład amunicja w trakcie walki z bossami będzie nieograniczona i nasze zapasy pocisków do broni palnej będą same się odnawiać po ich użyciu. To był dobry moment, by wymusić na graczach korzystanie z łuków, bo to bardziej naturalna (i w zasadzie nie raz skuteczniejsza) broń dla Na’vi.

Pod względem grafiki już oryginalna gra posiadała niesamowitą oprawę audiowizualną, ale Avatar: From the Ashes jeszcze bardziej ją przebija. O ile modele postaci podczas filmików są raczej proste i mają czasami ograniczoną mimikę, to już sama Pandora wygląda jeszcze lepiej niż wcześniej. Dodanie zniszczeń, spalonych czy nawet płonących lasów do tego krajobrazu dodało kolorytu oraz wrażenia dodatkowego niebezpieczeństwa. Do tego zasięg widoczności jest olbrzymi więc, możemy nie raz się cieszyć naprawdę niewiarygodnymi widokami. Podtrzymuję swoją opinię z recenzji Avatar: Frontiers of Pandora, że gra jest w moim odczuciu dalej jednym z najładniej wyglądających open worldów. Niestety, gra posiada też parę bugów, gdzie nie został naprawiony najpoważniejszy z nich, który sprawia, że po wykonaniu celów niektórych misji, nie aktywuje się skrypt pozwalający na jej kontynuowanie. Łatwo to naprawić, bo wystarczy uruchomić grę ponownie, ale najczęściej będzie to wymuszać na nas wykonanie ponownie całej poprzedniej sekwencji.

Są też małe błędy, jak losowe lewitujące obiekty.

Avatar: From the Ashes to dodatek duży, na ponad 20 lub nawet 30 godzin, jeżeli nie będziesz się spieszyć, który daje graczom całkowicie nową rozgrywkę i możliwości, których nie sposób było znaleźć w podstawce, którą także bardzo lubię. Tej grze bliżej do kontynuacji lub spin-offu niż zwykłego rozszerzenia fabularnego. Niewielkie problemy z grą nie są czymś, co sprawiało, że na jakimkolwiek etapie zabawy miałem dosyć gry w Avatar: From the Ashes. Historia była ciekawa, kolejne misje w grze coraz lepsze, a historia bardziej płynna i spójna dzięki temu, że zabrano od nas te wszystkie elementy rozpraszające, jak dziesiątki nieistotnych zadań pobocznych, głupie i nieważne znajdźki czy też nadmiernie rozbudowany crafting. W tym miejscu otrzymaliśmy więcej zadań, więcej ciekawych dialogów oraz więcej oryginalnych wyzwań co sprawia, że każdy moment z grą Avatar: From the Ashes jest wyjątkowy i niepowtarzalny.

Podsumowanie

Bardzo duży i rozbudowany dodatek, który bardzo zmienia to, co znamy z podstawowego Avatar: Frontiers of Pandora. I zmienia to na lepsze.
Ocena Końcowa 8.5
Pros
- Fantastycznie zbudowane misje pełne filmowych akcji
- So'lek to ciekawszy bohater niż Sarentu
- Uproszczony system ekwipunku pozwoli skupić się na akcji, a nie szukaniu idealnej trzciny
- Większy nacisk na walkę i akcję, a nie eksplorację
- Zniszczony las jest jeszcze bardziej malowniczy, niż w oryginale
Cons
- Bardzo słabe AI przeciwników
- Sporadyczne błędy
- Bossowie to głównie gąbki na pociski
Poprzednio Nowe oszustwo BLIK w Polsce - Uważajcie na przelewy z nieznanych numerów!
To jest najnowszy artykuł.