The Riftbreaker to dla mnie absolutnie wyjątkowa gra, jedna z naprawdę nielicznych, którym lata temu dałem 10/10. Pięć lat później wracam do niej z wypiekami na twarzy, tym razem w wersji Complete Edition na PlayStation 5, zawierającej podstawową grę oraz wszystkie płatne dodatki DLC. Czy The Riftbreaker dalej grzeje mnie tak samo jak kiedyś, czy może z czasem twórcy gdzieś przekombinowali? Zapraszam do recenzji!
Nie ukrywam, że do tego tekstu podchodzę trochę inaczej niż do większości recenzji. W 2021 roku w pierwszej recenzji The Riftbreaker wystawiłem grze 10/10 i nazwałem ją jednym z największych zaskoczeń tamtego roku. Minęło jednak pięć lat, gra została potężnie rozbudowana, a ja sam mam za sobą setki kolejnych produkcji. Byłem więc bardzo ciekawy, czy dzisiaj nadal będę patrzył na nią tak bezkrytycznie. The Riftbreaker opowiada historię Ashley oraz jej robota, Pana Riggsa. Ashley jest Riftbreakerką, czyli specjalnie przygotowanym i wyszkolonym zwiadowcą będącym właściwie jednoosobową armią. Jej zadaniem jest eksplorowanie odległych planet i przygotowywanie ich pod przyszłą kolonizację oraz eksploatację przez mieszkańców Ziemi. Tym razem trafiamy na Galateę 37, gdzie musimy zbudować potężny portal łączący planetę z Ziemią.

Żeby tego dokonać, będziemy musieli odnaleźć różne surowce, prowadzić badania i przygotować całą infrastrukturę potrzebną do zasilenia portalu. Oczywiście lokalna fauna i flora nie zamierzają spokojnie patrzeć na to, jak rozstawiamy kolejne kopalnie, elektrownie i mury obronne. To pozornie proste zadanie ma jednak niesamowicie bogatą warstwę fabularną, opartą przede wszystkim na dialogach dwójki bohaterów. Ashley i Pan Riggs bez przerwy wymieniają się spostrzeżeniami, komentują kolejne odkrycia i sami ustalają następne cele misji w zależności od sytuacji. Dzięki temu nawet dłuższe momenty eksploracji czy budowania bazy nie są całkowicie pozbawione narracji.

A jest tutaj co robić, bo nie chodzi tylko o znalezienie złoża i postawienie obok niego kopalni. Prawie zawsze czeka na nas bardziej rozbudowany ciąg fabularny wymagający zwiedzania kolejnych fragmentów planety i rozwiązywania pojawiających się problemów. Przykładowo ślady uranu znajdziemy na pustynnych obszarach Galatei, ale początkowo jego wydobycie będzie utrudnione przez grząski grunt, w którym nasze konstrukcje mogą się zapadać. Przy okazji możemy natrafić na ślady kolejnego rzadkiego surowca, potrzebnego do stworzenia nowego wyposażenia. Jedne zadania prowadzą więc do kolejnych, a dialogi bohaterów są po prostu fantastycznie napisane. Ashley i Riggs tworzą świetny duet i z czasem naprawdę zaczynamy traktować ich jak kompanów podczas naszej własnej ekspedycji.
Bardzo podobają mi się również drobne smaczki wrzucane przez twórców do pozornie zwyczajnych rozmów. W jednym z dialogów Pan Riggs zażartuje na przykład, że Ashley również „nie ma wszystkich części”. Początkowo brzmi to jak niewinny żart, ale jednocześnie sugeruje, że w przeszłości bohaterki wydarzyło się coś, czego jeszcze nie znamy. Kolejne elementy tej historii potrafią pojawić się znacznie później. Takich drobnych szczegółów są tutaj dziesiątki i nagle okazuje się, że w ogromnej grze strategicznej fabuła sama w sobie również staje się czymś wyjątkowym.
Co mam właściwie na myśli, pisząc „ogromna gra strategiczna”? Naszym nadrzędnym zadaniem będzie budowanie baz wydobywczych oraz ich ochrona. Do tego celu pozyskujemy między innymi karbonium i żelazo, a następnie Pan Riggs z pomocą dronów buduje całe kompleksy produkcyjne, magazyny, laboratoria czy elektrownie. Potrzebujemy oczywiście energii, kolejnych zasobów i coraz większej przestrzeni, więc baza regularnie się rozrasta, pochłaniając następne strategiczne miejsca. Co jakiś czas zostaniemy zaatakowani przez ogromne hordy przeciwników. Musimy wtedy budować mury, wieżyczki oraz bardziej zaawansowane systemy obronne, a kiedy robi się naprawdę gorąco, sami wskakujemy w środek walki.
I właśnie tutaj zaczyna się kolejny gatunek ukryty w The Riftbreaker. Pan Riggs posiada rozbudowany ekwipunek i dziesiątki rodzajów broni, które możemy zdobywać oraz tworzyć. Część wyposażenia otrzymujemy również podczas eksploracji. Dosłownie niektóre regiony zaczynają przypominać podziemia z Diablo, gdzie zwiedzamy losowo rozrzucone miejsca, szukamy sekretów, zdobywamy przedmioty, skórki robota i kolejne surowce. Gra pozwala nawet wygenerować dodatkowe obszary do eksploracji, kiedy akurat mamy ochotę oderwać się od zastanawiania, ile szlamu potrzeba nam do zasilenia trzech elektrowni i zwyczajnie chcemy trochę postrzelać.

A strzelanie w The Riftbreaker jest niesamowicie widowiskowe. Pan Riggs ma dwie ręce i w każdej może jednocześnie używać innej broni. Do dyspozycji mamy trzy wcześniej przygotowane zestawy, więc w praktyce nosimy ze sobą nawet sześć różnych narzędzi zagłady. Dochodzą do tego przedmioty użytkowe, pancerze, drony wspomagające oraz specjalne umiejętności. Nawet zwykły unik możemy zmodyfikować za pomocą wyposażenia. Może to być klasyczna rolka, bojowy przeskok pozwalający także przeskakiwać przez mury naszej bazy albo krótki teleport.
Wraz z dodatkami DLC do gry trafiły również dziesiątki nowych broni i mechanik. Same rozszerzenia są przy tym na tyle rozbudowane, że o każdym spokojnie można byłoby napisać oddzielny tekst. Twórcy zabierają nas między innymi pod powierzchnię planety czy pozwalają zmierzyć się z tajemniczymi metalicznymi przybyszami. Nie są to więc dodatki polegające na dorzuceniu kilku nowych przedmiotów i jednej mapy, ale naprawdę pokaźne fragmenty gry posiadające własne historie i pomysły na rozgrywkę. Przy tym całym rozbudowaniu miałem jednak wrażenie, że twórcy w paru momentach zwyczajnie przekombinowali. Niektóre zadania zamiast sprawdzać nasze umiejętności zaczynają testować przede wszystkim cierpliwość.

Dobrym przykładem jest misja, w której musimy zbudować bardzo długi rurociąg pomiędzy oazą a miejscem przeznaczonym do uprawy roślin zawierających rzadki surowiec. Problem polega na tym, że rurociąg jest regularnie atakowany, a wieżyczki obronne potrzebują energii. Przez długi czas biegamy więc wzdłuż instalacji, szukając kolejnych dziur i jednocześnie eliminując hordy małych zerglingów rzucających się na każdy fragment konstrukcji. Z drugiej strony warto uczciwie przyznać, że The Riftbreaker oferuje sporą swobodę przy realizacji takich zadań. Jeżeli mamy odpowiednią technologię i zasoby, możemy czasami całkowicie ominąć pierwotne rozwiązanie problemu. W tym przypadku można wykorzystać system kompresowania cieczy i przesłać wodę pomiędzy lokalizacjami bez ciągnięcia kilometrowego rurociągu. Tyle że taka infrastruktura z kolei potrzebuje olbrzymich ilości energii. Drugim elementem, który dzisiaj mierzi mnie znacznie bardziej niż pięć lat temu, jest zarządzanie ekwipunkiem. W późniejszej części gry zaczynamy zbierać ogromne ilości wyposażenia w różnych wariantach jakościowych, a pozbywanie się niepotrzebnych przedmiotów jest zdecydowanie zbyt powolne. Brakuje wygodnego sposobu na szybkie rozłożenie większej liczby zbędnych broni i dodatków. Przy grze posiadającej tak ogromną liczbę przedmiotów powinno to być rozwiązane znacznie lepiej.
Nie zmieniło się natomiast jedno – The Riftbreaker dalej wygląda fenomenalnie. Największe wrażenie robią oczywiście momenty, kiedy na naszą bazę ruszają ogromne hordy przeciwników. Ekran wypełniają pociski, lasery, artyleria, eksplozje, płomienie i setki stworzeń próbujących przedrzeć się przez kolejne linie obrony. Wszystko dopełniają świetne efekty dźwiękowe i bardzo dobra praca oświetlenia, dzięki której nocne ataki potrafią wyglądać wręcz spektakularnie. Na PlayStation 5 bardzo dobrze sprawdzają się również możliwości kontrolera. Kolejne rodzaje broni mają odpowiednie reakcje pada, a podczas wielkich bitew czujemy, że sterujemy kilkutonową maszyną bojową, a nie zwykłym ludkiem biegającym po mapie. Pięć lat później grafika The Riftbreaker nadal potrafi zrobić świetne pierwsze wrażenie, a podczas największych bitew regularnie zatrzymywałem się na chwilę tylko po to, żeby popatrzeć na skalę całej rozpierduchy.

The Riftbreaker jest bardzo odważną mieszanką gatunków, w której żaden z elementów nie zdobywa wyraźnej dominacji nad pozostałymi. Właśnie dzięki temu wszystko razem tworzy doświadczenie, którego zwyczajnie nie znalazłem w żadnej innej grze. To jednocześnie strategia czasu rzeczywistego, agresywny twin stick shooter, lekki tower defense, gra o eksplorowaniu obcej planety, produkcja z elementami RPG oraz całkiem ciekawa historia do poznania. Brzmi jak zestaw mechanik wrzuconych do jednego worka przez kogoś, kto nie potrafił zdecydować, jaką grę chce zrobić. Tymczasem tutaj to wszystko naprawdę działa. The Riftbreaker jest też olbrzymią grą. Tak olbrzymią, że miejscami nawet sami twórcy trochę pogubili się przy jej ogromie, przez co niektóre wyzwania stają się niepotrzebnie przekombinowane, a obsługa ekwipunku nie nadąża za ilością zdobywanego sprzętu. Czy dałbym jej dzisiaj ponownie 10/10? Już nie. Widzę rzeczy, które pięć lat temu przeszkadzały mi znacznie mniej albo których wtedy po prostu nie dostrzegałem.
Ale The Riftbreaker nadal pozostaje jedną z najlepszych gier, w jakie kiedykolwiek grałem. To produkcja pokazująca, że jeszcze nie wszystkie pomysły w grach zostały wykorzystane, a mieszając pozornie niepasujące do siebie gatunki można stworzyć coś naprawdę oryginalnego. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy warto zagrać w The Riftbreaker w 2026 roku, moja odpowiedź jest bardzo prosta: zdecydowanie tak.
Jeżeli natomiast gracie na komputerze, The Riftbreaker Complete Pack na PC w wersji Steam znajdziecie również w Sklep z Grami.
Podsumowanie
Pros
- Ciekawa i zaskakująco rozbudowana historia
- Fantastyczny duet Ashley i Mr. Riggsa
- Kapitalne połączenie kilku zupełnie różnych gatunków
- Fantastyczna oprawa, udźwiękowienie i efekty podczas walk
Cons
- Uciążliwe zarządzanie ekwipunkiem i brak szybkiego demontażu



