Callie Hart: Brimstone – recenzja Fae & Alchemy (tom 2)


Brimstone

Brimstone od Callie Hart to kontynuacja głośnej serii Fae & Alchemy, która ponownie zabiera czytelnika do świata pełnego magii, politycznych intryg i intensywnego romansu. Czy drugi tom dorównał Quicksilver?

Po Quicksilver weszłam w Brimstone z nastawieniem osoby, który liczy na powtórkę z uzależnienia. Wiecie, do tego bardzo przyjemnego stanu, kiedy książka bierze człowieka za kark, wrzuca w romans, trochę polityki, trochę magii, trochę moralnie podejrzanych typów i nie puszcza aż do ostatniej strony. I właśnie dlatego po lekturze miałam dość mieszane odczucia, bo z jednej strony dobrze się bawiłam, a z drugiej momentami miałam wrażenie, że ktoś inny jest autorem drugiej części Fae & Alchemy.

Od razu to zaznaczę, że to nie była zła książka, bo Brimstone absolutnie nie zasługuje na zmasakrowanie. Problem w tym, że po pierwszym tomie oczekiwania miałam wyższe niż ego niektórych fantasy-samców alfa. Kiedy oczekiwania są wysokie, nawet solidna kontynuacja może smakować trochę jak deser, który wygląda obłędnie, ale jednak w środku okazuje się zwykłym biszkoptem z kremem. Dobrym, jednak nie takim, po którym nagle zmienia się człowiekowi osobowość.

Najlepszą częścią Brimstone nadal był dla mnie klimat świata. Callie Hart stworzyła przestrzeń, która była jednocześnie brutalna, kusząca i wystarczająco dziwna, żeby człowiek chciał w niej siedzieć – mimo tego, że praktycznie wszędzie czyhała śmierć albo kolejna bardzo atrakcyjna reklama terapii gniewu. Motyw alchemii dalej podobał mi się najbardziej, bo to element, który od początku wyróżnia tę serię na tle całego romantasy-owego gatunku. W puli skrzydlatych samców, przeznaczenia, nierozerwalnych więzi, wybranych bohaterek i dramatycznego patrzenia sobie w oczy przez trzy rozdziały dobrze było przeczytać coś, co chociaż próbowało mieć własny styl.

Brimstone

I właśnie dlatego trochę zabolało mnie, że Brimstone nie wykorzystało tego potencjału tak mocno, jak mogło. Ten tom był większy, głośniejszy, bardziej napakowany wszystkim naraz, ale nie zawsze szedł za tym sensowny porządek. Momentami miałam wrażenie, że historia rozrastała się, bez uporządkowania wcześniejszych wątków. Dochodziły nowe elementy, zagrożenia, kolejne komplikacje, a ja siedziałam i próbowałam udawać, że wszystko rozumiem, choć prawda jest taka, że czasem fabuła przypominała szufladę z kablami. Niby coś tam jest, ale lepiej za długo się nie przyglądać.

Saeris, jako bohaterka, nadal była dla mnie całkiem interesująca, choć nie ukrywam, że w tym tomie chwilami działała mi na nerwy. Podobało mi się, że weszła w rolę królowej bez wiecznego zawodzenia typu „nie chcę” i „nie potrafię”. To akurat było odświeżające. Była bardziej zdecydowana, miała w sobie jakiś ciężar odpowiedzialności i nie udawała, że wszystko przyjdzie jej naturalnie. Z drugiej strony miałam też problem z tym, jak szybko i wygodnie rosły jej możliwości. Czasami wyglądało to tak, jakby kolejne etapy rozwoju wskakiwały jej trochę zbyt łatwo.

“Because what was a book, if not a portal into another realm, another time, another life even.”

Kingfisher natomiast pozostał dokładnie tym, czym miał być: mrocznym, groźnym, oddanym, zaborczym i oczywiście absurdalnie atrakcyjnym mężczyzną, który mówi rzeczy tak intensywne, że normalny człowiek przewróciłby oczami, ale w fantasy wszyscy udajemy, że to szczyt romantyzmu. I uczciwie mówiąc, to na mnie działało. Nadal widziałam w nim ten magnetyzm i rozumiem dlaczego (inne) czytelniczki (także) za nim przepadają. Nadal miał sceny, w których był dokładnie takim typem problemu, który tworzy się z własnej woli.

Aczkolwiek… scen intymnych było sporo i momentami miałam poczucie, że książka bardzo mocno polega właśnie na nich. Nie mam nic przeciwko spice. Naprawdę… jestem dorosłą kobietą i nie mdleję na widok pożądania w literaturze. Tutaj jednak chwilami te sceny sprawiały wrażenie wrzuconych dlatego, że skoro mamy romantasy, to trzeba regularnie przypominać czytelnikowi, że bohaterowie nie tylko walczą o świat, ale też bardzo intensywnie siebie pragną. Ja bym postawiła na jakość, nie ilość.

Brimstone

W dalszym ciągu ogromnie podobał mi się Carrion (FUCKING) Swift. Naprawdę, ten człowiek był dla mnie esencją tej książki. Tam, gdzie inni bohaterowie bywali zbyt poważni, spięci albo zbyt zajęci przeznaczeniem, on wnosił pełen humoru chaos. Miał w sobie coś, co natychmiast ożywiało sceny. Relacja między nim a Kingfisherem była momentami ciekawsza niż połowa głównego wątku romansowego. Ich wspólne fragmenty czytałam z autentyczną przyjemnością. Gdyby ktoś mi powiedział, że trzeci tom ma się w dużej mierze opierać na Carrionie, nie protestowałabym ani przez sekundę.

“The universe could end and Carrion Swift wouldn’t have run out of questions.”

Niestety, im dalej w fabułę, tym częściej czułam, że książka rozmienia swoje najlepsze pomysły na drobne. Były tu rzeczy naprawdę ciekawe, w tym polityka dworu, rozrastające się zagrożenie, tajemnice związane z mocą, świat, który coraz wyraźniej upadał. Problem polegał na tym, że wiele z tych elementów wydawało się ledwie muśnięte. Niektóre wątki wyglądały, jakby miały być ogromnie ważne, po czym nagle traciły znaczenie albo były rozwiązywane dziwnie łatwo. Inne z kolei wymagały od czytelnika dużej dobrej woli, bo informacje bywały podane tak mgliście, że trzeba było samemu dosztukować sens. Szczerze mówiąc, trochę obawiałam się DNF.

To był też ten rodzaj książki, przy której momentami łapałam się na tym, że niby dużo się dzieje, ale emocjonalnie niewiele ze mnie zostaje. Mnóstwo ruchu, przeskoków lokalizacji, nowych zagrożeń i zwyczajnych rozmów, a jednak trochę wydawało mi się to bezpłciowe. Był hałas, odczuwalna spora skala problemu, ale czasem brakowało mi prawdziwego uderzenia. Takiego momentu, po którym odkładam książkę i patrzę w ścianę, bo właśnie moje życie zostało symbolicznie zniszczone. Tutaj raczej przewracałam kolejne strony z oczekiwaniem, że W KOŃCU wydarzy się coś epickiego. To dziwne uczucie, zwłaszcza w porównaniu do Quicksilvera.

“I could be dead in the ground five thousand years and the frosts could have taken my bones, and still no other male will ever have loved another female the way that I love you.”

Żeby nie było, udało się, bo końcówka akurat kliknęła. I to całkiem porządnie. Finał był dla mnie najmocniejszą częścią tej książki, bo wreszcie poczułam konkretne przyspieszenie, sens i to przyjemne *no wreszcie*. Pojawiły się zwroty akcji, odczuwalne napięcie, tym samym wrażenie, że historia znowu naprawdę wie, dokąd zmierza. To był też ten moment, który sprawił, że mimo wszystkich zastrzeżeń nadal chciałam czytać dalej. A to jest ważne, bo można narzekać, można przewracać oczami, można złośliwie komentować kolejne sceny, ale jeśli po wszystkim nadal ma się ochotę sięgnąć po kolejny tom, to znaczy, że autorce jednak udało się przytrzymać mnie przy tej serii.

Ostatecznie Brimstone było dla mnie książką, która jednocześnie mnie bawiła i irytowała. Podobał mi się świat, klimat i nawet niektóre relacje (Carrion i Fisher w Zilvaren). Fajnie, że seria nadal miała rozmach i nie próbowała nagle stać się grzeczna, ale jednocześnie męczył mnie chaos i poczucie, że część tej historii istnieje bardziej jako efektowny pakiet wrażeń niż naprawdę dopracowana opowieść. To był raczej sequel, przy którym kilka razy prychnęłam ze złością, a potem i tak czytałam dalej, bo jednak coś w tej serii mnie przyciąga. Może nie tak mocno jak wcześniej, ale jednak… Książka nie była wybitna, jednak mimo swoich wad nadal była wystarczająco wciągająca, żebym nie chciała jej porzucić.

 

Zobacz też: Carissa Broadbent: Upadły i Pocałunek Mroku – recenzja książki!

Więcej o autorce: calliehart.com

Poprzednio Silent Hill f – wszystkie sekrety i znajdźki. Omamori, Ema i dokumenty - Poradnik
Następny Outlive 25 - Recenzja - Brazylijski Retro RTS