Upadek Grace – Recenzja – Każda kobieta ma swój punkt krytyczny


Dosłownie kilka dni temu odbyła się premiera kolejnej Netflixowej produkcji, a mianowicie „Upadku Grace”. Thriller autorstwa Tylera Perry’ego zabrał mi wczoraj dwie godziny życia. Czy żałuję? I tak i nie.

FABUŁA

Postaram się nie spoilerować za bardzo. Cała historia rozpoczyna się od wręczenia początkującej obrończyni Jasmine (Bresha Webb) akt medialnej sprawy dotyczącej Grace Waters (Crystal R. Fox), która sądzona jest za zamordowanie swojego męża i przyznaje się do winy. Przełożony prawniczki grany przez reżysera i scenarzystę filmu Tylera Perry’ego wyznacza jej jedno zadanie: zawrzeć ugodę z prokuraturą. Jasmine jednak odkrywa, że ta sprawa nie jest tak prosta jak się wszystkim wydaje i postanawia dowiedzieć się prawdy związanej ze śledztwem.

Tytułowa Grace to przykładna obywatelka po przejściach. Poznajemy ją kilka lat po rozwodzie, gdy cieszy się dobrą pracą, własnym domem, dorosłym synem i wnukiem. Jej przyjaciółka Sarah (Phylicia Rashad) służy jej wsparciem, a jedyne czego pragnie jeszcze od życia to poznać kogoś, przy kim spędzi resztę swoich dni. Na jej drodze pojawia się młody fotograf Shannon (Mehcad Brooks), który wydaje się być ideałem pod każdym względem. Niestety jednak sielanka nie trwa długo (jak to bywa w takich historiach). Ponieważ obiecałam, że będzie w miarę bez spoilerów to na tym etapie skończymy zakreślać fabułę.

MOCNE STRONY

To co mi się spodobało w produkcji to świetna gra Crystal R. Fox. Aktorka miała trudne zadanie, bo w całym filmie widzimy ją zarówno jako silną kobietę pragnącą miłości, wręcz szczeniacko zakochaną w dużo młodszym mężczyźnie oraz wykończoną psychicznie więźniarkę nie widzącą dla siebie ratunku. Ciekawa jest również rola Sary – przyjaciółki głównej bohaterki, która pozornie wydaje się czystsza od kryształu (jednak spoiler – nie jest).

Muszę też przyznać, że zaintrygowała mnie rola przełożonego Jasmine, Rory’ego, granego przez Perry’ego. Ta postać przechodzi swoistą ewolucję z rutyniarza i służbisty wypowiadającego jedynie słowa „załatw ugodę” do bohatera, pokazującego swoją wiedzę i doświadczenie w pracy obrońcy.

Wielkim plusem jest to, co dzieje się po zwrocie akcji. Fabuła nabiera w końcu barw kryminalnych (takich serio kryminalnych, a nie tylko z więzieniem w tle) i coś zaczyna się dziać. Akcja przybiera na tempie i człowiek zaczyna zwracać uwagę na to co ogląda (bo początek filmu jest na tyle nudny, że można steki smażyć sprawdzając poziom krwistości co chwilę za dużo nie tracąc). No i końcówka w stylu „Koniec…?” – wiecie taka jak na starych horrorach – była kozacka i zostawiła ten dreszcz, który powinna.

SŁABE PUNKTY


Największym mankamentem tego filmu jest zdecydowanie rola Jasmine. Młoda adwokatka, która nagle dostaje „strzała” ambicji i chce pomóc swojej klientce wcale w założeniu nie wyglądałaby pewnie źle. Źle wygląda za to roszczeniowa, dziecinna i nie wiedząca w sumie czego chce dziewucha strzelająca fochy za konstruktywną krytykę. Młoda adwokatka zachowuje się dosłownie jak dziecko. Dowody? Proszę bardzo! Bohaterka co jakiś czas wspomina, że chce rzucić profesję, ponieważ boli ją to, że musi bronić dilerów, złodziei i im podobnych. No niestety ale decydując się na taką pracę należy się z tym liczyć, a mając męża policjanta, który co wieczór opowiada co się działo w pracy – tym bardziej. Każda krytyka jest przyjmowana przez tą postać jak obraza, nawet jeśli ma solidne podstawy by być wygłoszoną. Szczytem nieporadności, nieprofesjonalizmu i… w zasadzie to wszystkiego co w tej bohaterce jest na nie są sceny w sądzie. Może taki był zamysł aby widzowie uznali Jasmine za idiotkę bez pomysłu, podejmującą się czegoś o czym nie ma pojęcia. Jeśli tak, to gratuluję Panie Perry, udało się.

Kolejna słaba strona to „rozwleczenie” akcji filmu na początku. Film trwał dwie godziny i powiem szczerze, że po połowie byłam bliska zaśnięcia. Dopiero gdy nastąpił nagły zwrot akcji, na który tak czekałam, wszystko się ożywiło i zaczęłam oglądać z zainteresowaniem. Przedtem miałam do czynienia jedynie ze smutnym dziewuszyskiem, które ma focha, bo kazali jej zrobić coś co umie, a ona uważa, że stać ją na więcej, mimo że jak później można się przekonać – nie stać, oraz wyrwaną z harlekina historyjką jak to Grace poznała Shannona. Rozumiem, że było to potrzebne aby nakreślić fabułę, ale jednak trwało to zbyt długo.

Zdecydowanie wadą jest też tło filmu. Chodzi tu czysto o kwestie techniczne. Rozpoczynając od zmian w wyglądzie bohaterów między kadrami do statystów gapiących się w obiektyw lub jedzących pustymi widelcami, co nawet ja zauważyłam przy pierwszym oglądaniu, a zazwyczaj potrzebuję kilku podejść do zauważenia takich szczegółów.

PODSUMOWANIE

„Upadek Grace” miał być kryminałem, który intryguje, natomiast mnie początkowo jedynie zaczął usypiać. Ponad godzinę filmu czekałam na bombę, a jak się doczekałam, to rola Jasmine, która irytowała od początku, dobiła mnie do końca. Aktorka odtwarzająca główną rolę włożyła w nią wiele serca, co widać, natomiast reszta ekipy… no cóż… momentami nie odróżnia się talentem od lepszych aktorów w jasełkach szkolnych.

Pomimo tych wszystkich wad, które wypisałam, jednak mam wrażenie, że ten film mogłabym komuś polecić. Jestem też jednak pewna, że sama nie obejrzę go drugi raz. Jest to idealny przykład na to, że gdy wymyśli się jeden fajny patent na produkcję, to zaraz znajdzie się taki, który go zniweluje. Dokładnie taki to jest film. Idealnie pomiędzy. Jeśli mamy świetnie zagraną główną postać, to dostaniemy słabych aktorów drugoplanowych. Odpowiedzią na całkiem ładne scenografie (no nie wszystkie) będą kiczowate ujęcia (które akurat mi się podobały, bo dziwnie kojarzyłam je na przykład z „Pulp Fiction”). Tak jak więc napisałam – jest to film moim zdaniem idealnie średni. Namawiam jednak do wydania własnego osądu nad sprawą „Upadku Grace”.

Brak Komentarzy. Może coś napisz?

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poprzedni Jakie gry kasynowe znajdziemy w GTA Online Casino?
Następny Monster Hunter World: Iceborne - Recenzja - Wypalenie Zawodowe