Pacific Rim: The Black Sezon 2 Online – Recenzja – Gdzie są mechy?



Pacific Rim to marka tak bardzo niedopieszczona przez twórców, że aż zgrzytam ze złości zębami na samą myśl o tym traconym potencjale. Właściwie z wyjątkiem filmu nie ma żadnego głośnego dzieła o wielkich robotach walczących z potężnymi Kaiju. A wielka szkoda, dlatego też z niecierpliwością czekałem na kolejny sezon serialu anime Pacific Rim: The Black

Recenzja może zawierać spoilery fabularne.

Akcja serialu Pacific Rim The Black rozpoczyna się praktycznie w tym samym momencie, gdzie zakończył się pierwszy sezon Pacific Rim: The Black. Główni bohaterowie dowiadują się, że tak zwany boy (crossover z serią God of War jakby nie patrzeć) jest człowiekiem, który potrafi zamienić się w potężnego i dużego Kaiju drugiej kategorii. Czyli w sumie nie jest tak potężny jakby się zdawało, ale na bezrybiu i rak ryba. To nieistotne, gdyż po piętach bohaterów depczą członkinie tajemniczej sekty sióstr, które w jakiś sposób czczą i nawet kontrolują dzikie Kaiju. W ten o to sposób do wielkich walczących potworów oraz robotów dołączyła magia i okultyzm. Cudownie.

Niestety drugi sezon podobnie jak pierwszy chronicznie cierpi na brak sensownej akcji. Główny wątek dzieje się po absolutnie cudownym okresie, kiedy to dziesiątki, albo i nawet setki Jaegerów walczyły o pokój w Australii. Niestety my przenosimy się kilka lat w przód i widzimy wszędzie wraki Jaegerów oraz powoli podążającego w bliżej nieznanym celu szkoleniowego Jaegera, który całkiem nieźle radzi sobie nawet z czwartą lub piątą kategorią potworów. Czyli takimi samymi które powodowały masę problemów w filmach aktorskich. Ogólnie mam wrażenie, że twórcy bardzo chcieli przemycić jakąś dziwną historię pod płaszczykiem tak nośnego tematu jakim są właśnie monstra z Pacific Rim. Myślę jednak, że każdy z nas zasiadając do tego serialu oczekiwał jednego – naparzania się monstrów i robotów przez większość czasu, widowiskowych scen walki oraz okazjonalnych kadrów z ludźmi. Tak jak było w filmie.

Niestety serial poszedł w stronę całkowicie niespodziewaną, gdyż po drodze do końca tego żałośnie krótkiego sezonu (tylko 7 odcinków po 20 minut, już mogli zrobić z tego film a nie lecieć w ch*ja z serialem) przez większość czasu będziemy podziwiać bohaterów w podróży lub podczas obcowania z maksymalnie powalonymi akcjami. Spotkamy więc mistrza zaklinacza Kaiju, który tak bardzo nie rozumiał tych istot, że został przez nie pożarty przy pierwszej lepszej okazji. Nieważne że kilka lat przeżył wśród nich w dolinie ucząc się i próbując tresować te monstra. W momencie przybycia bohaterów został pożarty i do widzenia.



Potem czeka nas parodia z wiedźmami siostrami, które z jakiegoś powodu pomimo posiadania armii hybryd, bawią się w podchody ze znalezieniem chłopca który stanie się mesjaszem i pokona ludzkość ku chwale obcej rasy próbującej podbić ziemię. Zamiast jednak przytłoczyć mecha masą i zmusić do kapitulacji (lub po prostu wyrwać mu głowę z zawartością), wiedźmy zabawiały się w sabotowanie kolejnych akcji bohaterów. Nie do końca rozumiałem o co tutaj chodzi szczerze mówiąc i jaki to ma sens. Serial właściwie powodował u mnie wrażenie, że całość jest jedynie przedłużeniem, które prawdopodobnie nie zostanie przez Netflixa dokończone.

A szkoda bo końcówka, która także była spalona po całości, dawała nadzieję. Pokazały się tam drony, czyli sterowane zdalnie Jaegery, a bohaterowie uciekając do bazy wojskowej w Australii, zamiast zostać epicko uratowani przez grupę sojuszniczych Jaegerów, czym twórcy mogliby w fantastyczny sposób wprowadzić nowych bohaterów i stworzyć zajawkę na kolejny sezon, doprowadzili swojego robota do autodestrukcji bo pomimo weryfikacji (poprawnej) wojsko nie było w stanie pomóc uchodźcom ze strefy. I tak o to Pacific Rim The Black rozczarował po raz kolejny. Zarówno scenariusz, jak i jego realizacja wydaje się wykonana przez 15 latkę, która nienawidzi akcji i chce zrobić z tego love story o braterstwie, miłości do przyrodniego dziecka i wielkim zjednoczeniu rozbitej rodziny.

To wszystko serial robi prawidłowo, nie robi jednak tego, do czego przyzwyczaiły nas filmy z serii. Każdy moment który twórcy mogli wykorzystać na przygotowanie epickiej walki był zmarnowany, a do tego pojawiało się wiele wątków tak nieistotnych i nieważnych dla całość, że po prostu szkoda o nich wspominać w tym tekście, którego stworzenie zajęło mi połowę czasu, który spędziłem w filmie Pacific Rim The Black 2, który udaje serial, a nawet drugi sezon serialu. Może to i dobrze, że jest jak jest. Zakończenie było słabe i zostawia zarówno furtkę na trzeci sezon, jak i może być finalnym zakończeniem tego potworka. I w ten o to sposób nasze marzenia o grach czy też innych realizacjach z marki Pacific Rim zostaną odroczone w czasie, bo skoro ostatni sezon zalicza gorsze noty, to i chyba jest problem z zapotrzebowaniem marki. Ale nikt sobie nie zada pytania, czy robienie serialu po łebkach, bez pomysłu i nawet bez rozpisania scenariusza na serwetce w restauracji też wpływa na jakość tego serialu. Lub też filmu. Sam nie wiem do końca co to jest.

A recenzję pierwszego sezonu Pacific Rim: The Black możecie przeczytać tutaj. Tam też nie było różowo. Poniżej jeszcze trailer, który jest niczym innym jak kłamstwem.

Pacific Rim: The Black Season 2 | Official Trailer | Netflix

Poprzednio THQ Nordic ogłasza Valiant - squad based RTSa
Następny Informator - Recenzja - Życie studenta w żelaznej kurtynie